reżyseria: Katarzyna Rosłaniec
scenariusz: Katarzyna Rosłaniec
produkcja: Polska
gatunek: dramat
dystrybucja polska: Kino Świat
Nikt nie chciał ze mną na Bejbi blues iść. Nikt. Dobra, nie pytałam wszystkich, ale wiadomo, o co chodzi. Nic nie mam do chodzenia do kina w pojedynkę, ale coś musiało być na rzeczy, że nikt nie miał ochoty na nowy film Rosłaniec pójść, że nikogo nie zachęciły ani zwiastun, ani mocna kampania reklamowa. Każdemu coś by zaświtało, prawda? Ale nie mi, ja pójdę, tak, dowiem się, sprawdzę, ocenię, ogłoszę. Ta. No i wylądowałam w Arsie sama na - uwaga - polskim filmie, czym zgrzeszyłam ostatnio w lutym roku ubiegłego arcydziełem w postaci Big love... Tak to już jakoś się w moim życiu toczy, że polską kinematografię oglądam raczej na dvd niż w kinach, choć zdaję sobie sprawę, że kilka wartościowych tytułów mi tym sposobem umyka (nad czym boleję, ale jeszcze nie tak mocno, by coś z tym zrobić). I gdy już zdecyduję się zrobić wyjątek, to trafiam albo na szit, albo na zwyczajną średniawkę, bazującą na nośnym, kontrowersyjnym temacie, zrealizowanym bez polotu i niewnoszącym niemalże zupełnie nic ani do polskiego kina, ani do świadomości widzów. Jak Bejbi blues właśnie.
Natalia (Magdalena Berus) jest nastoletnią mamą. Zaszła w ciążę, bo - jak twierdzi - chciała mieć kogoś do kochania, tylko że teraz dopiero, choć nigdy nie wypowiada tego na głos, widzi, że to wcale nie jest takie proste zajmować się dzieckiem. Tym bardziej, gdy ciało garnie się do rozkoszy, a znajomi wyrywają na melanż. Pozostawiona sama sobie przez matkę i chłopaka, ojca dziecka, Natalia szamocze się między obowiązkami a chęcią skorzystania z uroków młodości.
Pierwsze wrażenie film robi fatalne. Najpierw czołówka, w której występuje, naturalnie, już nie Katarzyna Rosłaniec, ale zgodnie z nową modą - Kasia Rosłaniec (Wojtek Smarzowski, Małgośka Szumowska, na pewno kojarzycie schemat), bezsensownie spolszczony tytuł (bejbi? wtf?) i nazwiska aktorów, pod którymi koniecznie znaleźć musiały się adnotacje, że występują na ekranie po raz pierwszy. Co było naprawdę zbyteczne z dwóch co najmniej powodów: 1) wszyscy wiemy, że reżyserka szczególnie upodobała sobie wyciąganie młodych z tłumu im podobnych i czynienie z nich debiutantów, 2) większość bardzo szybko zorientuje się, że pojawiające się na ekranie twarze są świeże i niedoświadczone, a nawet jeśli będzie miała wątpliwości, upewni się po powrocie do domu, zaglądając na filmweba. Ja zresztą nie jestem w ogóle zwolenniczką przyklejania do napisów tego typu łatek, bo czuję wtedy, że twórcy chcą mnie poprowadzić przez film za rączkę i nie dopuścić, bym sobie cokolwiek zbytecznego pomyślała. Na przykład, że ci aktorzy grają fatalnie. Ale nie, nie - mówią twórcy - zwróć uwagę, że oni debiutują, potrzebują twojego kredytu zaufania, przymruż oczy, popatrz na nich przez palce, wybacz usterki, daj im szansę. Na was to działa? Na mnie nie za bardzo, szczerze, to najeżam się tylko, że mi się coś każe. Z drugiej strony w produkcjach zagranicznych taka moda już dawno pierzchła, bo jeśli debiutant rzeczywiście wart jest uwagi, to obroni się sam i zanim zdążysz sprawdzić na filmwebie, że to jego pierwszy film w karierze, to już media o tym będą trąbić, zwiastując nową perłę kina. Niepotrzebne więc to było i zbyt nachalne, a przecież film się jeszcze nawet nie zaczął...
Główna bohaterka nie budzi najmniejszej sympatii, nad czym konsekwentnie pracuje od pierwszej sceny. Tu rzecz wrażliwości, czy częściej wzbudza litość, czy frustrację, pewne jest, że aktorka wcielająca się w postać Natalii miała swój indywidualny pomysł na zagranie tej roli i w przeważającej mierze robi to niezwykle irytująco. Irytująco, ale... ciekawie. Sposób bycia Natalii jest bardzo charakterystyczny i niewygodny dla odbiorcy, ceniącego sobie ład i lubującego się we wrażeniach estetycznych. Poczynając od wściekłego stylu ubierania się, aż po chód czy mimikę, nastoletnia matka odrzuca i intryguje jednocześnie. I choć Magdalena Berus nie robi piorunującego wrażenia, a jej warsztat aktorski pozostawia wiele do życzenia (tak, wiem, debiutantka), ciekawi mnie, w jaki sposób potoczy się jej kariera, w jakich rolach przyjdzie jej zagrać i czy te role nie będą dla niej zbyt obcisłe i niewygodne.
Pozostali debiutanci wypadają bardzo różnie. Najlepiej chyba Antoś. A tak poważnie: oczywiste jest to, że aktorsko ten film zwycięża dzięki starej, sprawdzonej gwardii. Stenka, Frycz i Figura nie mają wiele do zagrania, ale robią to z klasą, wyczuciem i są przy tym niezwykle wymowni (szczególnie Frycz, bezbłędny w milczeniu przez cały film). Świetny jest też Mateusz Kościukiewicz w roli hedonisty Seby, stylizowanego na metroseksualistę i ćpuna z wyższej półki jednocześnie. Całkiem nieźle wypada również Nikodem Rozbicki w roli młodego ojca, Kuby, grający dokładnie tak, jak powinien zachowywać się chłopak w jego wieku. Jest swobodny, naturalny i naprawdę przekonujący. Przedziwna za to sprawa podziała się z Magdaleną "Różyczką" Boczarską - rewelacyjna w scenie domowej, w towarzystwie niedoszłego zięcia, całkowicie położyła epizod macierzyński, wypadając w roli matki nienaturalnie (komu przyszło do głowy zaproponować rolę matki 17-letniej dziewczyny 34-letniej aktorce, która w pełnej krasie wygląda na lat 28?) i nieprawdziwie.
Do rzeczy jednak. Temat. Cóż. Wszyscy, którzy - jak ja - oczekujecie, że będzie to film o syndromie baby blues (dla niewtajemniczonych: stan, dotykający nawet 50-60% świeżo upieczonych matek tuż po porodzie, objawiający się zmęczeniem, huśtawką nastrojów, niepokojem i poczuciem winy, że nie jest się dobrą matką), wiedzcie, że czeka was zawód. To nie tak, że baby blues pojawia się tu od czapy, zupełnie bez związku. Natalia ma wiele objawów charakterystycznych dla tego syndromu (zmienne nastroje, zmęczenie psychiczne, niechęć do wypełniania macierzyńskich obowiązków), ale są one motywowane zupełnie czym innym niż stres poporodowy (pomijając już fakt, że Antoś nie jest noworodkiem, ma co najmniej kilka miesięcy). To zresztą jedna z największych wpadek Katarzyny Rosłaniec, która chciała najwidoczniej poruszyć zbyt wiele problemów jak na jeden film, czego konsekwencją są nieodmiennie niespójność i fabularny rozgardiasz. Stan Natalii bierze się bowiem głównie z ogromnego poczucia osamotnienia i ze złości na odpowiedzialnych za "to", co jej się przydarzyło, którzy żyją, jakby nigdy nic się nie stało, i na życie w ogóle, które nie dorasta do jej oczekiwań. Mimo ciekawej konstrukcji postaci (świetnie zarysowana jest ambiwalencja uczuć, jakie targają Natalią w scenach z Antosiem), Rosłaniec przesadziła z motywowaniem zachowania bohaterki. Młodość, nieodpowiedzialność, bezmyślność, potrzeba kochania i bycia kochaną, niepełna rodzina, niedojrzała matka, pogoń za rozrywką w jednej osobie? Możliwe, ale nierealne do pokazania w 98-minutowym materiale filmowym. Podobnie jak złożoność problemu, pojawiającego się jako punkt kulminacyjny zmagań Natalii, nawiązujący jak żywo do wydarzeń, którymi w ubiegłym roku żyła cała Polska (nie wspomnę jakich, by nie psuć wartościowego elementu zaskoczenia, jaki się tu pojawia). I ten finał, w którym raz jeszcze drukowanymi literami przedstawia się odbiorcy przesłanie filmu (jakby przypadkiem - nie wiem, jakim cudem, bo jest to bardzo czytelne - nie pojął go wcześniej, choćby w scenie na zapleczu sklepu) - taki udawany i taki niepotrzebny...
Baby blues jest tu więc rozumiane zupełnie na opak. Prócz odniesienia do losowo wybranych objawów syndromu, jego znaczenie jest całkowicie zmienione. To bardzo źle, bo tym samym w świadomości widzów baby blues pozostanie jako stan charakterystyczny dla niedojrzałych nastoletnich matek, krzywdząc szereg zdrowych psychicznie i emocjonalnie kobiet, które, pochodząc z normalnych domów, żyjąc w szczęśliwym małżeństwie i mając kochających bliskich, pod wpływem hormonów i nowych wyzwań w swym początkującym macierzyństwie po prostu się gubią.
Słówko jeszcze o formie i montażu, bo to rzecz, która wzbudzić może duży sprzeciw i niechęć, a z której Rosłaniec bardzo zgrabnie się wytłumaczyła. Otóż Bejbi blues stworzone zostało w konwencji bloga - poszczególne sceny prezentowane są epizodycznie, to krótkie, brutalnie cięte i odgradzane od siebie czarnymi planszami notki. Tak jak w blogosferze przedstawiają wycinki rzeczywistości, których łączą osoby i jakiś motyw przewodni, ale odróżniają temat i nastrój. Jest to zabieg do pewnego momentu okropnie męczący i denerwujący, ale nowy, ciekawy i warty uwagi, a nade wszystko pomyślany w duchu filmu. Nie wiem, na ile była to jakaś forma asekuracji, ale ta blogowa konwencja - przy uwrażliwieniu widza na nią i wyjaśnieniu, że nie, nie jest to usterka taśmy czy projektora - ratuje kilka elementów (przede wszystkim technicznych, choć ruchy kamery pozostaną fatalne ever) filmu i wnosi weń trochę świeżości.
Nie do końca potrafię jednoznacznie go osądzić. Bejbi blues - dokładnie tak jak Galerianki - mają lepsze i gorsze momenty, czasem zaskakują ciekawym ujęciem, innym razem żenują niskim poziomem i nieudaną dosłownością. Pokazując ciężką dolę nastoletnich matek, Ameryki Rosłaniec nie odkrywa. Przedstawia za to trochę wyjaskrawiony świat, którego pojedyncze cząstki rzeczywiście istnieją, ale rzadko (może nigdy) spotykają się i tworzą odrębną całość. Indywidualna interpretacja świata pokolenia młodych ludzi, którzy są wytworem współczesnej popkultury i konsumpcjonizmu. Interpretacja pozbawiona zrozumienia (sama Rosłaniec przyznaje w wywiadach, że wychowała się w poczuciu bezpieczeństwa) i rzetelnego researchu (materiał do filmu reżyserka zbierała m.in. poprzez lekturę blogów), ale własna. A tego nikt nikomu nie zabroni, co najwyżej może odrzucić i nie oglądać. Krótko mówiąc, Bejbi blues nie jest zdecydowanie filmem dobrym, ale nazywanie go totalnym nieporozumieniem to chyba też nadużycie.
Czy polecam? Ciekawym (konwencji) i znudzonym aktualnym multipleksowym repertuarem , a w szczególności nastoletnim widzom (bo ci mogą zobaczyć na ekranie coś, czym żyją - oni lub ich znajomi). Reszta spokojnie może sobie film odpuścić i zerknąć nań, gdy kiedyś wyemituje go tvn.
Do rzeczy jednak. Temat. Cóż. Wszyscy, którzy - jak ja - oczekujecie, że będzie to film o syndromie baby blues (dla niewtajemniczonych: stan, dotykający nawet 50-60% świeżo upieczonych matek tuż po porodzie, objawiający się zmęczeniem, huśtawką nastrojów, niepokojem i poczuciem winy, że nie jest się dobrą matką), wiedzcie, że czeka was zawód. To nie tak, że baby blues pojawia się tu od czapy, zupełnie bez związku. Natalia ma wiele objawów charakterystycznych dla tego syndromu (zmienne nastroje, zmęczenie psychiczne, niechęć do wypełniania macierzyńskich obowiązków), ale są one motywowane zupełnie czym innym niż stres poporodowy (pomijając już fakt, że Antoś nie jest noworodkiem, ma co najmniej kilka miesięcy). To zresztą jedna z największych wpadek Katarzyny Rosłaniec, która chciała najwidoczniej poruszyć zbyt wiele problemów jak na jeden film, czego konsekwencją są nieodmiennie niespójność i fabularny rozgardiasz. Stan Natalii bierze się bowiem głównie z ogromnego poczucia osamotnienia i ze złości na odpowiedzialnych za "to", co jej się przydarzyło, którzy żyją, jakby nigdy nic się nie stało, i na życie w ogóle, które nie dorasta do jej oczekiwań. Mimo ciekawej konstrukcji postaci (świetnie zarysowana jest ambiwalencja uczuć, jakie targają Natalią w scenach z Antosiem), Rosłaniec przesadziła z motywowaniem zachowania bohaterki. Młodość, nieodpowiedzialność, bezmyślność, potrzeba kochania i bycia kochaną, niepełna rodzina, niedojrzała matka, pogoń za rozrywką w jednej osobie? Możliwe, ale nierealne do pokazania w 98-minutowym materiale filmowym. Podobnie jak złożoność problemu, pojawiającego się jako punkt kulminacyjny zmagań Natalii, nawiązujący jak żywo do wydarzeń, którymi w ubiegłym roku żyła cała Polska (nie wspomnę jakich, by nie psuć wartościowego elementu zaskoczenia, jaki się tu pojawia). I ten finał, w którym raz jeszcze drukowanymi literami przedstawia się odbiorcy przesłanie filmu (jakby przypadkiem - nie wiem, jakim cudem, bo jest to bardzo czytelne - nie pojął go wcześniej, choćby w scenie na zapleczu sklepu) - taki udawany i taki niepotrzebny...
Baby blues jest tu więc rozumiane zupełnie na opak. Prócz odniesienia do losowo wybranych objawów syndromu, jego znaczenie jest całkowicie zmienione. To bardzo źle, bo tym samym w świadomości widzów baby blues pozostanie jako stan charakterystyczny dla niedojrzałych nastoletnich matek, krzywdząc szereg zdrowych psychicznie i emocjonalnie kobiet, które, pochodząc z normalnych domów, żyjąc w szczęśliwym małżeństwie i mając kochających bliskich, pod wpływem hormonów i nowych wyzwań w swym początkującym macierzyństwie po prostu się gubią.
Słówko jeszcze o formie i montażu, bo to rzecz, która wzbudzić może duży sprzeciw i niechęć, a z której Rosłaniec bardzo zgrabnie się wytłumaczyła. Otóż Bejbi blues stworzone zostało w konwencji bloga - poszczególne sceny prezentowane są epizodycznie, to krótkie, brutalnie cięte i odgradzane od siebie czarnymi planszami notki. Tak jak w blogosferze przedstawiają wycinki rzeczywistości, których łączą osoby i jakiś motyw przewodni, ale odróżniają temat i nastrój. Jest to zabieg do pewnego momentu okropnie męczący i denerwujący, ale nowy, ciekawy i warty uwagi, a nade wszystko pomyślany w duchu filmu. Nie wiem, na ile była to jakaś forma asekuracji, ale ta blogowa konwencja - przy uwrażliwieniu widza na nią i wyjaśnieniu, że nie, nie jest to usterka taśmy czy projektora - ratuje kilka elementów (przede wszystkim technicznych, choć ruchy kamery pozostaną fatalne ever) filmu i wnosi weń trochę świeżości.
Nie do końca potrafię jednoznacznie go osądzić. Bejbi blues - dokładnie tak jak Galerianki - mają lepsze i gorsze momenty, czasem zaskakują ciekawym ujęciem, innym razem żenują niskim poziomem i nieudaną dosłownością. Pokazując ciężką dolę nastoletnich matek, Ameryki Rosłaniec nie odkrywa. Przedstawia za to trochę wyjaskrawiony świat, którego pojedyncze cząstki rzeczywiście istnieją, ale rzadko (może nigdy) spotykają się i tworzą odrębną całość. Indywidualna interpretacja świata pokolenia młodych ludzi, którzy są wytworem współczesnej popkultury i konsumpcjonizmu. Interpretacja pozbawiona zrozumienia (sama Rosłaniec przyznaje w wywiadach, że wychowała się w poczuciu bezpieczeństwa) i rzetelnego researchu (materiał do filmu reżyserka zbierała m.in. poprzez lekturę blogów), ale własna. A tego nikt nikomu nie zabroni, co najwyżej może odrzucić i nie oglądać. Krótko mówiąc, Bejbi blues nie jest zdecydowanie filmem dobrym, ale nazywanie go totalnym nieporozumieniem to chyba też nadużycie.
Czy polecam? Ciekawym (konwencji) i znudzonym aktualnym multipleksowym repertuarem , a w szczególności nastoletnim widzom (bo ci mogą zobaczyć na ekranie coś, czym żyją - oni lub ich znajomi). Reszta spokojnie może sobie film odpuścić i zerknąć nań, gdy kiedyś wyemituje go tvn.
