reżyseria: David Fincher
scenariusz: Steven Zaillian
produkcja: Niemcy, Szwecja, USA, Wielka Brytania
gatunek: kryminał
Zgrzeszyłam. I to dwukrotnie. Po pierwsze, nie przeczytałam Larssona przed pójściem do kina. Nie, że nie chciałam - trochę tak wyszło, trochę za późno się obudziłam i trochę ciężko o czas na czytanie lektur nie związanych z literaturoznawczą pracą magisterską i mocnym osadzeniu się w XIX wieku. Pozbawiłam się, w każdym razie, wspaniałej wycieczki do zimnej Skandynawii z wyobraźni równie zimnego Larssona i, tym samym, pobudzenia swojej własnej fantazji; tyle może dobrego, że to oszczędziło mi pewnych rozczarowań dotyczących wyglądu postaci i miejsc, które to projekcje są najlepsze wtedy, gdy własne. Po drugie, nie widziałam przed Fincherem szwedzkiej adaptacji "Millenium" - zubożyłam się więc o porównanie do bardzo dobrych ponoć produkcji i skazałam się na odnoszenie się po odpokutowaniu (czyli nadrobieniu lektury i filmów) zawsze do jednej tylko Fincherowskiej wersji; i to na wieki wieków amen. Czy będę tego żałowała, stwierdzę dopiero, gdy oczyszczę sumienie, dziś więc - z pozycji laika w temacie twórczości Larrsona - o tym, co namodził Fincher.
Mikael Blomkvist (Daniel Craig) jest dziennikarzem śledczym i właśnie przegrał proces o zniesławienie. Niefortunnie i niesłusznie, ale to dla opinii publicznej nie ma znaczenia - zdaje się być skończony. Ktoś jednak ma Mikaela i jego umiejętności na oku i chce wykorzystać w rozwikłaniu rodzinnej tajemnicy. Henrik Vanger (Christopher Plummer), bo o nim mowa, jako senior rodu nie cieszy się szczególną sympatią członków rodziny, ale nie przeszkadza mu to powierzyć Mikaelowi kłopotu w znalezieniu odpowiedzi na pytanie, co stało się z jego ukochaną 16-letnią wnuczką Harriet, która w latach 60. zaginęła i, najprawdopodobniej, została zamordowana. W odnalezieniu mordercy pomaga Mikaelowi Lisbeth Salander (Rooney Mara) - ekscentryczna hakerka w stylu punk, której przeszłość raczej nie upływała pod znakiem różowych sukienek i kochającej rodziny. Ulokowani w rodzinnej miejscowości Szwedów, otoczeni domami skłóconych członków rodziny Vanger, stawiają czoła zagadce i swym namiętnościom.
Powinnam tu rozpocząć serię porównań - najpierw do książki, później do szwedzkiej adaptacji. Ale, jak wiemy, jestem grzesznicą, w związku z tym następne słowa padną ze słowa zupełnego laika i widza, który najzwyczajniej w świecie poszedł na reklamowany długo i dużo film reżysera, którego - jak deklaruje w odpowiedniej zakładce - dość ceni. Mimo braku znajomości pierwowzoru miałam duże oczekiwania. Przede wszystkim wobec niezwykle intrygującej Rooney. I pomyśleć, że wtedy jeszcze nie wiedziałam, kim jest, ba!, że w ogóle jest, istnieje ktoś taki jak Lisbeth Salander - postać absolutnie unikatowa i hipnotyzująca, która podczas lektury musi poruszać najdrobniejsze zakamarki wyobraźni. Przed twórcami stało trudne zadanie: nie pójść na skróty, nie zniszczyć do szczętu wyobrażeń, nie zawieść zbyt mocno oczekiwań, nie tylko nie pozbawić, ale uwydatnić to, co jest w niej najbardziej osobliwe i co czyni ją tak bardzo inną, nietypową, oryginalną. Charakteryzatorzy odwalili tu kawał dobrej roboty, ale i Rooney pokazała, że wyzwanie podejmuje i ma zamiar wyjść z tego z klasą. Uwielbiam postaci skrajne, postaci, z którymi charakteryzacja ma szansę stworzyć coś niebanalnego (może dlatego tak cenię te kreacje Deppa, których stworzenie wymaga przeproszenia się ze sztuką), postaci przerysowane, ale nieszablonowe, niejednoznaczne, nie czarno-białe, których nie da się przypisać do jednej kategorii i zamknąć w pudełku pt. "zinterpretowane". Barwa głosu, wyraz twarzy, spojrzenie, jej styl bycia - wszystko właściwie pociąga do tego stopnia, że chce się jeszcze. I jeszcze będzie, jak dobrze.
O Danielu Craigu wiele powiedzieć nie można. Jest jednym z tych aktorów, którzy ani specjalnie nie przeszkadzają, ani też nie wprowadzają w zachwyt. Po prostu są, robią swoje i odchodzą; bez większych emocji. Dużo więcej dobrych słów należy się drugoplanowym aktorom - przede wszystkim Stellanowi Skarsgårdowi (Martin Vanger), którego znam i lubię od dawna, ale także Joely Richardson (Anita Vanger) i Robin Wright (Erika Berger). Bardzo przywoite aktorstwo.
Sama intryga nie jest, zdaje się, najwyższych lotów. Ale ja nie czytuję namiętnie kryminałów, jestem więc dobrym odbiorcą tego typu historii: tu czegoś nie zrozumiem, tu dam się złapać i wyprowadzić w pole, tam coś zauważę i mam trochę satysfakcji, że jednak nie jestem debilem, ot, zagadka. Dużo lepiej musi się to jednak czytać, bo ogrom detali, zdjęć, nazwisk i znaków w towarzystwie napisów do filmu jest nie do ogarnięcia. Całość podana jest jednak w tak atrakcyjny sposób, że to, co najważniejsze jest zrozumiałe, a o to chyba chodzi. Zabrakło może trochę zaangażowania w przedstawieniu relacji Lisbeth i Mikaela, która - z tego, co wyczytałam - w książce nabiera dość wyraźnych cech niezdrowej fascynacji. Pewnie Fincher chciał po prostu dobrze opowiedzieć historię i zaprosić widza do rozwiązania zagadki, a czas nie pozwolił na wchodzenie zbyt mocno w psychologię relacji i osobowości, a szkoda, bo warto. Brakuje w tym wszystkim skandynawskiego klimatu, chłodu Północy, dystansu, który odzwierciedlają nie bohaterowie, a sceneria. Ale to są już sprawy, które zaspokajają wyższe potrzeby obcowania z czymś dopracowanym do perfekcji pod każdym względem. To, co jest, w zupełności wystarcza, by przykuć i elektryzować.
I jeszcze muzyka. Intro - jak już zauważył mój blogowy kolega Quentinho - powala na kolana, robi niesamowitego smaka na film i od początku buduje napięcie. Ostre brzmienia są tak ciężkie jak atmosfera i aura całej opowieści. To bardzo dobre kompozycje, bardzo dobre wybory i bardzo dobry pomysł na nominację do Oscara, którą za dni trzy mam nadzieję ujrzeć.
Ponad dwie i pół godziny dobrej akcji, której mogłoby być zdecydowanie więcej, gdyby przeciętny odbiorca kasowej produkcji był w stanie wytrzymać bez sikania dłużej. A tak starcza akurat na zjedzenie dużego popcornu, wypicie litrowej coli i niezsikanie się. Perfekcyjne, rzec by można, wyczucie czasu.
Czy polecam? Bardzo.