To pierwszy w tym roku film, o którym nie było tak głośno, jak choćby o produkcjach nominowanych do Oscarów. Pierwszy, na który nie czekałam z jakimś ogromnym zniecierpliwieniem i pierwszy, na który szłam, nie oczekując zbyt wiele. Potrzebne mi było takie wytchnienie, bo film okazał się całkiem niezły i w paru aspektach przyćmił kasowe tytuły, które jak do tej pory w większości bardziej rozczarowują... a może lepiej: nie satysfakcjonują tak, jak obiecywały, że będą to robić. Gangster Squad ma nad nimi tę wyższość, że niczego nie obiecywał. I wygląda na to, że wyszedł na tym zdecydowanie lepiej niż premierowe sąsiedztwo.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gangster Squad Pogromcy Mafii. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gangster Squad Pogromcy Mafii. Pokaż wszystkie posty
środa, 30 stycznia 2013
Gangster Squad. Pogromcy mafii (Gangster Squad, 2013)
reżyseria: Ruben Fleischer
scenariusz: Will Beall
produkcja: USA
gatunek: gangsterski
dystrybucja polska: Warner Bros Entertainment Polska Sp. z o.o.
To pierwszy w tym roku film, o którym nie było tak głośno, jak choćby o produkcjach nominowanych do Oscarów. Pierwszy, na który nie czekałam z jakimś ogromnym zniecierpliwieniem i pierwszy, na który szłam, nie oczekując zbyt wiele. Potrzebne mi było takie wytchnienie, bo film okazał się całkiem niezły i w paru aspektach przyćmił kasowe tytuły, które jak do tej pory w większości bardziej rozczarowują... a może lepiej: nie satysfakcjonują tak, jak obiecywały, że będą to robić. Gangster Squad ma nad nimi tę wyższość, że niczego nie obiecywał. I wygląda na to, że wyszedł na tym zdecydowanie lepiej niż premierowe sąsiedztwo.
Mickey Cohen (Sean Penn) - tak nazywa się facet, który trzęsie Los Angeles. Boją się go mieszkańcy, boją się przestrzępcy i dilerzy, boją się nawet jego najbliżsi współpracownicy i kobieta (Emma Stone), ale Mickey nie pozostawia im wiele możliwości do odwrotu. Ma w kieszeni całą miejską policję i nie ma skrupułów, by zafundować wymyślne tortury tym, którzy popełnią najmniejszy błąd i zawiodą jego zaufanie. Tego panowania co niektórzy mają zwyczajnie dość. Co niektórzy nazywają się John O'Mara (Johs Brolin) i są uczciwymi policjantami, którzy chcą zapewnić swojemu potomstwu życie w bezpiecznym mieście. O'Mara zbiera więc ekipę sobie podobnych i wyrusza obalić rządy Cohena.
Grubo się to neogangsterskie kino zaczyna. Fleischer daje jasno do zrozumienia, że nie ma zamiaru się z widzem cackać i przedstawia się niezłą sieczką (wielokrotnie odnawianą i to w moim ukochanym slow motion), która jednych podnieci, innych zmartwi, wzrok każdego jednak przyciągnie, a o to przecież chodzi. Czyli miażdzymy na samym początku po to, by stonowana prezentacja graczy nikogo przypadkiem nie zanudziła. Osobiście śmiem twierdzić, że jest to niemalże niemożliwe z uwagi na prawie genialny dobór aktorów do obsady. "Niemalże" i "prawie" w tym zdaniu mają twarz Josha Brolina, który przy takich arcymordach (zaraz przeczytacie nazwiska, to zrozumiecie, skąd to określenie) jak Sean Penn czy Nick Nolte wypada po prostu blado i sztywno (choć idzie przywyknąć). Tak więc gdybyście przypadkiem nie byli zainteresowani latającymi po ekranie głowami i kończynami, bynajmniej niepozostającymi w ścisłym związku z resztą ciała, to jest rzecz, która powinna przyciągnąć waszą uwagę.
I nad tym w Gangster Squad można by rozwodzić się długo, bo fabuła - niewymyślna, zdążająca prościutko do wyznaczonej mety i niezbyt angażująca intelektualnie - nie wygrałaby tego filmu bez tych znakomitych twarzy, które postanowiły w niej uczestniczyć. Co tu dużo gadać - nuda. Nuda oglądać takiego Penna, który mógłby wystąpić w całym filmie raz, pobyć na ekranie jedną sekundę, by zdążyć zaledwie wykrzywić wary i wysapać "jouu madafakaa", i już by zasłużył na Oscara. Z gościa jest geniusz, i tyle, co zresztą udowodnił nie raz, a ostatnio cudownie we Wszystkich odlotach Chayenne'a - jak nie znacie, to się wstydźcie i idźcie nadrabiać! No więc Penn. A do niego Nolte - stary wyga, którego głos chrypi jakby nie rozstawał się z łiskaczem od co najmniej 148 lat i 5 miesięcy. Rólka może mała, ale wystarczająca, by przypomnieć zapominalskim, jaką się jest jakością. I to by było na tyle bandy, która nie zawodzi i fantastycznie nudzi swoim talentem. Wisienką na torcie - wbrew pozorom i dialogom w filmie - nie jest wcale Emma Stone, choć w niczym dziewczyna nie odstaje i prezentuje analogiczną do poprzednich ról klasę. To Rajan, nasz stary mystery driver, który tłucze ludzi na kwaśne jabłka w windach, i to jeszcze przy damie. Z Goslingiem tu w ogóle podziała się fantastyczna rzecz, bo Fleischer podszedł do niego - jako do aktora - w dość ironiczny, trochę nawet żartobliwy sposób. Postanowił najzwyczajniej w świecie zrobić z niego, co ja mówię, wykorzystać to, co już zostało z Ryana zrobione - i takim oto sposobem sierżant Jerry jakiś tam to rasowy lovelas, do którego laski ciągną jak do szpilek i słodyczy i który rozbraja je - laski, buty, słodycze pewnie też - jednym spojrzeniem. Ja może do napalonej rzeszy jego fanek, które rzuciłyby wszystko i jeszcze sprzedały na targu swoich facetów, byle móc spędzić noc...zas z Ryanem, nie należę, ale rozumiem, w czym rzecz i bardzo chętnie wpadłam w sieć, którą zarzucił na damską publiczność Fleischer. A poza tym, że bajer i motylki, to jeszcze całkiem nieźle Gosling po prostu (po)grywa. Nie sądze, żeby trzeba było udowadniać, ale jak chcecie, to sobie sprawdźcie sami. Reszta obsady-ekipy O'Mary dzielnie goni powyższych gigantów i radzi sobie naprawdę nieźle. Z Giovannim-ukradłem-Teda-Ribissim na czele. W rzeczy samej, dobrze się to ogląda.
Gangster Squad rozbraja w jeszcze jednej kwestii. W poważne, gangsterskie kino, które dotyka spraw istotnych i mało zabawnych i które epatuje przemocą godną przestępczych elit, reżyser rękoma niejakiego Bealla wplata w film kawał dobrego humoru. Żarty - i to zarówno tekstowe, jak i sytuacyjne - dominują raczej w pierwszej połowie filmu, ale zdecydowanie umilają cały seans i uatrakcyjniają tytuł, podnosząc znacząco jego wartość. Jestem pewna, że znalazłoby się co najmniej kilka dialogów i wypowiedzi, które mogłyby zagościć w encyklopedii kultowych filmowych tekstów i przyjąć się w mowie potocznej. Madafaka, jea.
Posumowując, Pogromcy mafii nie rozkładają może na łopatki, ale przecież w ogóle nie obiecywali, że to zrobią. To kompletna, niedługa i nieskomplikowana historia o paru takich, co porwali się na niemożliwe i wydawało im się, że mogą zostawić po sobie na tej amerykańskiej ziemi kawałek dobra. Czy im się udało, przekonajcie się sami. Grunt, że z kina wychodzi się w dobrym nastroju, i to mimo że ma się pewność, iż film wywietrzeje z głowy szybko i skutecznie. Abstrahując od ww. ról, o których można dużo, długo i często, jako jednorazowa rozrywka film sprawdza się wyjątkowo dobrze. A doświadczenie jej w tym przedoscarowym zamieszaniu na pewno nam nie zaszkodzi.
Czy polecam? Tak.
To pierwszy w tym roku film, o którym nie było tak głośno, jak choćby o produkcjach nominowanych do Oscarów. Pierwszy, na który nie czekałam z jakimś ogromnym zniecierpliwieniem i pierwszy, na który szłam, nie oczekując zbyt wiele. Potrzebne mi było takie wytchnienie, bo film okazał się całkiem niezły i w paru aspektach przyćmił kasowe tytuły, które jak do tej pory w większości bardziej rozczarowują... a może lepiej: nie satysfakcjonują tak, jak obiecywały, że będą to robić. Gangster Squad ma nad nimi tę wyższość, że niczego nie obiecywał. I wygląda na to, że wyszedł na tym zdecydowanie lepiej niż premierowe sąsiedztwo.
Mickey Cohen (Sean Penn) - tak nazywa się facet, który trzęsie Los Angeles. Boją się go mieszkańcy, boją się przestrzępcy i dilerzy, boją się nawet jego najbliżsi współpracownicy i kobieta (Emma Stone), ale Mickey nie pozostawia im wiele możliwości do odwrotu. Ma w kieszeni całą miejską policję i nie ma skrupułów, by zafundować wymyślne tortury tym, którzy popełnią najmniejszy błąd i zawiodą jego zaufanie. Tego panowania co niektórzy mają zwyczajnie dość. Co niektórzy nazywają się John O'Mara (Johs Brolin) i są uczciwymi policjantami, którzy chcą zapewnić swojemu potomstwu życie w bezpiecznym mieście. O'Mara zbiera więc ekipę sobie podobnych i wyrusza obalić rządy Cohena.
Grubo się to neogangsterskie kino zaczyna. Fleischer daje jasno do zrozumienia, że nie ma zamiaru się z widzem cackać i przedstawia się niezłą sieczką (wielokrotnie odnawianą i to w moim ukochanym slow motion), która jednych podnieci, innych zmartwi, wzrok każdego jednak przyciągnie, a o to przecież chodzi. Czyli miażdzymy na samym początku po to, by stonowana prezentacja graczy nikogo przypadkiem nie zanudziła. Osobiście śmiem twierdzić, że jest to niemalże niemożliwe z uwagi na prawie genialny dobór aktorów do obsady. "Niemalże" i "prawie" w tym zdaniu mają twarz Josha Brolina, który przy takich arcymordach (zaraz przeczytacie nazwiska, to zrozumiecie, skąd to określenie) jak Sean Penn czy Nick Nolte wypada po prostu blado i sztywno (choć idzie przywyknąć). Tak więc gdybyście przypadkiem nie byli zainteresowani latającymi po ekranie głowami i kończynami, bynajmniej niepozostającymi w ścisłym związku z resztą ciała, to jest rzecz, która powinna przyciągnąć waszą uwagę.
I nad tym w Gangster Squad można by rozwodzić się długo, bo fabuła - niewymyślna, zdążająca prościutko do wyznaczonej mety i niezbyt angażująca intelektualnie - nie wygrałaby tego filmu bez tych znakomitych twarzy, które postanowiły w niej uczestniczyć. Co tu dużo gadać - nuda. Nuda oglądać takiego Penna, który mógłby wystąpić w całym filmie raz, pobyć na ekranie jedną sekundę, by zdążyć zaledwie wykrzywić wary i wysapać "jouu madafakaa", i już by zasłużył na Oscara. Z gościa jest geniusz, i tyle, co zresztą udowodnił nie raz, a ostatnio cudownie we Wszystkich odlotach Chayenne'a - jak nie znacie, to się wstydźcie i idźcie nadrabiać! No więc Penn. A do niego Nolte - stary wyga, którego głos chrypi jakby nie rozstawał się z łiskaczem od co najmniej 148 lat i 5 miesięcy. Rólka może mała, ale wystarczająca, by przypomnieć zapominalskim, jaką się jest jakością. I to by było na tyle bandy, która nie zawodzi i fantastycznie nudzi swoim talentem. Wisienką na torcie - wbrew pozorom i dialogom w filmie - nie jest wcale Emma Stone, choć w niczym dziewczyna nie odstaje i prezentuje analogiczną do poprzednich ról klasę. To Rajan, nasz stary mystery driver, który tłucze ludzi na kwaśne jabłka w windach, i to jeszcze przy damie. Z Goslingiem tu w ogóle podziała się fantastyczna rzecz, bo Fleischer podszedł do niego - jako do aktora - w dość ironiczny, trochę nawet żartobliwy sposób. Postanowił najzwyczajniej w świecie zrobić z niego, co ja mówię, wykorzystać to, co już zostało z Ryana zrobione - i takim oto sposobem sierżant Jerry jakiś tam to rasowy lovelas, do którego laski ciągną jak do szpilek i słodyczy i który rozbraja je - laski, buty, słodycze pewnie też - jednym spojrzeniem. Ja może do napalonej rzeszy jego fanek, które rzuciłyby wszystko i jeszcze sprzedały na targu swoich facetów, byle móc spędzić noc...zas z Ryanem, nie należę, ale rozumiem, w czym rzecz i bardzo chętnie wpadłam w sieć, którą zarzucił na damską publiczność Fleischer. A poza tym, że bajer i motylki, to jeszcze całkiem nieźle Gosling po prostu (po)grywa. Nie sądze, żeby trzeba było udowadniać, ale jak chcecie, to sobie sprawdźcie sami. Reszta obsady-ekipy O'Mary dzielnie goni powyższych gigantów i radzi sobie naprawdę nieźle. Z Giovannim-ukradłem-Teda-Ribissim na czele. W rzeczy samej, dobrze się to ogląda.
Gangster Squad rozbraja w jeszcze jednej kwestii. W poważne, gangsterskie kino, które dotyka spraw istotnych i mało zabawnych i które epatuje przemocą godną przestępczych elit, reżyser rękoma niejakiego Bealla wplata w film kawał dobrego humoru. Żarty - i to zarówno tekstowe, jak i sytuacyjne - dominują raczej w pierwszej połowie filmu, ale zdecydowanie umilają cały seans i uatrakcyjniają tytuł, podnosząc znacząco jego wartość. Jestem pewna, że znalazłoby się co najmniej kilka dialogów i wypowiedzi, które mogłyby zagościć w encyklopedii kultowych filmowych tekstów i przyjąć się w mowie potocznej. Madafaka, jea.
Posumowując, Pogromcy mafii nie rozkładają może na łopatki, ale przecież w ogóle nie obiecywali, że to zrobią. To kompletna, niedługa i nieskomplikowana historia o paru takich, co porwali się na niemożliwe i wydawało im się, że mogą zostawić po sobie na tej amerykańskiej ziemi kawałek dobra. Czy im się udało, przekonajcie się sami. Grunt, że z kina wychodzi się w dobrym nastroju, i to mimo że ma się pewność, iż film wywietrzeje z głowy szybko i skutecznie. Abstrahując od ww. ról, o których można dużo, długo i często, jako jednorazowa rozrywka film sprawdza się wyjątkowo dobrze. A doświadczenie jej w tym przedoscarowym zamieszaniu na pewno nam nie zaszkodzi.
Czy polecam? Tak.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
