Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wyspa skazańców. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wyspa skazańców. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 5 sierpnia 2012

Wyspa skazańców (Kongen av Bastøy, 2010)

reżyseria: Marius Holst
scenariusz: Dennis Magnusson, Eric Schmid
produkcja: Francja, Norwegia, Szwecja, Polska
gatunek: dramat
dystrybucja polska: Alter Ego Pictures Sp. z o.o.

Skoro już jesteśmy w Skandynawii, zajrzyjmy do Bastøy. Nie będą to przyjemne odwiedziny. Nie dość, że zimno i niekomfortowo, to jeszcze przygnębiająco i perfidnie. A wszystko to znów w imię kuriozalnie pojmowanego dobra. Wyspa skazańców to film, w który ktoś błędnie mnie wprowadził, mówiąc, że historia ta była bazą pod niedawny film Scorsese o podobnym tytule. I choć większej liczby podobieństw - ku usilnym staraniu - zwyczajnie się nie doszukałam, seansu nie żałuję, bo, po pierwsze, to całkiem przyzwoite kino i, po drugie, bo Stellan. A ja lubię Stellana i lubię przyzwoite kino, którego on nad wyraz często bywa twarzą.

Na norweską wyspę Bastøy trafia Erling (Benjamin Helstad) - młody chłopak skazany za morderstwo, którego - rzekomo - nie popełnił. Rzekomo, bo na Bastøy, jak do każdego więzienia, trafiają niemal sami niewinni. Zlokalizowany na wyspie ośrodek nie jest nadmorskim pensjonatem, a jego młodzi mieszkańcy nie przyjechali tu na wakacje. To poprawczak, a raczej obóz pracy, w którym młodociani przestępcy "odrabiają" swoje niecne czyny ciężką pracą fizyczną, obarczeni rygorystycznymi zasadami, którym daleko do poszanowania godności któregokolwiek z nich. Resocjalizacja pod czujnym okiem kierownika ośrodka - Bestyrerena (Stellan Skarsgård) przebiega zgodnie z planem aż do dnia, w którym na wyspie pojawia się Erling. Bastøy czeka bunt, którego konsekwencje każdy dotkliwie odczuje...

Też macie tak, że gdy oglądacie niektóre (może nawet więcej niż niektóre) szwedzkie lub norweskie filmy, jest Wam zwyczajnie zimno? Tu znowu to poczułam. Ten chłód emanujący z bohaterów, dialogów, postrzegania świata, podkręcony lodowatą scenerią plus oszczędność, wręcz skąpstwo środków wyrazu daje wrażenie obcowania z czymś tak nieprzyjemnie, a jednocześnie tak magnetyzująco zimnym, że, oj, zdecydowanie nie jest to kino na letni wieczór. Ale choć lepiej filmy tego typu oglądać pod kocem z kubkiem gorącego kakao, sięgać po nie trzeba i zdecydowanie warto nawet zaczekać na jeden z tych długich zimowych wieczorów, by poczuć choć w małym stopniu klimat, który widzimy na ekranie i ucieszyć się z tego ciepłego koca i bezpiecznej przystani, w której nikt nie roztacza nad tobą reżimu i nie sprawia, że dobro, w które chcesz się obrócić, stanie się jeszcze większym złem, niż było w zalążku.

Wyspa skazańców to takie Siostry Magdalenki w spodniach. Z pozoru mnóstwo tu różnic: no bo tam dziewczyny, tu chłopcy; tam tylko lekka "patologia", tu przestępstwa; tam zakonnice, tu cywile; tam prowincjonalne angielskie miasteczko, tu zimna norweska wyspa. Ale gdyby przyjrzeć się lepiej, obie historie bazują na tej samej idei: wyzyskać młode, niedoświadczone osoby, które na własne życzenie bądź przez przypadek zboczyły z prawej ścieżki; zafundować im obóz pracy, a zysk podzielić między siebie; na dokładkę zaś włożyć do głów ideologię, by jeszcze za te szykany swym "wybawcom" dziękowali. Choć chłopców z Bastøy trudno traktować na równi z dziewczętami z Sióstr Magdalenek (pierwsi to w końcu młodociani przestępcy, one zaś - ofiary gwałtów, przemocy rodzinnej lub po prostu samotne matki, które zgrzeszyły... naiwnością), oglądając ich katorżniczą pracę, nietrudno ich żałować. To zupełnie zgaszeni, nieobecni młodzieńcy, którzy stali się ofiarami idiotycznie pojmowanej resocjalizacji. Paradoksalnie więc kibicowanie działaniom Erlinga, a potępianie systemu jest tu zupełnie na miejscu. Role zostają odwrócone, "kat" trafił na kata, tylko czy odwrót jest w takich warunkach możliwy?

To nie jest film, który może się podobać. Jest przygnębiająco i nieprzyjemnie, czasem przydługawo i nudnawo, ale w gruncie rzeczy to niezłe kino, na które warto poświęcić czas. Tym bardziej, że aktorsko stoi naprawdę dobrze. Stellan Skarsgård - jeden z najbardziej znanych w hollywoodzkim świecie aktorów pochodzących z zimnej wyspy - jak zwykle nie zawodzi. Można powiedzieć, że jest wprost stworzony do takich ról - bohaterów nieugiętych, cynicznych, psychopatycznych, ale przecież to nieprawda, bo odnajduje się także w tych komediowych, komicznych i całkiem zwyczajnych, dramaturgicznych. Świetnie popisał się także Kristoffer Joner w roli Bråthena, wychowawcy o zwyrodniałych skłonnościach. Ostatnio mieliśmy okazję oglądać go w Babycall i, myślę, czekamy na więcej. Sprawdzili się też dwaj młodzi debiutanci - Helstad i Nilssen, którzy są osią dramatycznych wydarzeń i którzy znakomicie oddają rozterki targające ofiarami systemu.

Czy polecam? Jeśli lubicie ten charakterystyczny chłód i historie, które nie pocieszają i nie dają przyjemności, to myślę, że "Wyspa skazańców" będzie całkiem dobrym wyborem.