Zgrzeszyłam. I to dwukrotnie. Po pierwsze, nie przeczytałam Larssona przed pójściem do kina. Nie, że nie chciałam - trochę tak wyszło, trochę za późno się obudziłam i trochę ciężko o czas na czytanie lektur nie związanych z literaturoznawczą pracą magisterską i mocnym osadzeniu się w XIX wieku. Pozbawiłam się, w każdym razie, wspaniałej wycieczki do zimnej Skandynawii z wyobraźni równie zimnego Larssona i, tym samym, pobudzenia swojej własnej fantazji; tyle może dobrego, że to oszczędziło mi pewnych rozczarowań dotyczących wyglądu postaci i miejsc, które to projekcje są najlepsze wtedy, gdy własne. Po drugie, nie widziałam przed Fincherem szwedzkiej adaptacji "Millenium" - zubożyłam się więc o porównanie do bardzo dobrych ponoć produkcji i skazałam się na odnoszenie się po odpokutowaniu (czyli nadrobieniu lektury i filmów) zawsze do jednej tylko Fincherowskiej wersji; i to na wieki wieków amen. Czy będę tego żałowała, stwierdzę dopiero, gdy oczyszczę sumienie, dziś więc - z pozycji laika w temacie twórczości Larrsona - o tym, co namodził Fincher.