Nie, nic nie spiraciłam. Na premierach, fakt, nadal nie bywam, ale na pokazach przedpremierowych, jeśli jest okazja... czemu nie? Gdzieś po świętach znudzona przeglądałam repertuar naszej lubelskiej sieciówki, ucieszyłam się nawet, że w Nowy Rok czynne, bo może by na coś pójść zamiast uprawiać mierną wersję kac domi, i aż przetarłam oczy ze zdumienia, gdy zobaczyłam Sherlocka. No bo jak to, skoro premiera dopiero w czwartek? A tak to. Czem prędzej się więc wybraliśmy i tym samym zaliczyliśmy pierwszy film w nowym, apokaliptycznym roku świetnie zapowiadających się produkcji. Choć pierwsza część przygód angielskiego detektywa w reżyserii Guya Ritchie nie powaliła mnie na kolana i nie pałałam zbytnim entuzjazmem na myśl o kolejnej, pomyślałam, że to świetny filmowy początek nowego roku. I na myśleniu się, szczęśliwie, nie skończyło.