Będę z Wami szczera. Nie obejrzałam Spring Breakers wczoraj. Nie piszę tej recenzji "na świeżo". Nie wiedziałam i chyba wciąż nie wiem, jak ten film ocenić. Nie powiem, że siedziałam jak zahipnotyzowana i chłonęłam łapczywie te przedziwne wizje Korine'a. Wszystko wręcz przeciwnie. Widzianego już jakiś czas temu "hitu" zwyczajnie nie mogłam opisać. Nie, nie zabił mnie nadmiar arcydzielności, jaka (podobno) wyłania się z tego "dzieła" (jak nazywają film papugi, opierające swoje recenzje na wyraźnie sponsorowanych, ale bardzo też z pozoru mądrych opiniach "z Zachodu"). Nie miałam na to czasu, ochoty, weny i mądrych słów. Seans wyczerpał mnie tak bardzo, że mimo jasnego przekazu i łapania, "co autor miał na myśli", na choćby jedno słowo o Spring Breakers nie chciałam tracić już cennej życiowej energii. Dlaczego robię to teraz? Zabijcie mnie, nie wiem. Może z głupiej potrzeby zabrania głosu i zaznaczenia swojego malutkiego istnienia w świecie, którego niewiele ono obchodzi; może dla tej garstki (tu oczekuję, że zaprzeczycie i chórem krzykniecie, że nie takiej garstki) z Was, która moimi ocenami w wyborze filmu na wieczór się sugeruje; a może po prostu dlatego, bo tak.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą harmony korine. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą harmony korine. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 4 lipca 2013
Spring Breakers
Subskrybuj:
Posty (Atom)