Wiem, tyły mam straszne, ale - usprawiedliwię się - premiera Jak urodzić i nie zwariować, choć wyczekiwana przeze mnie z entuzjazmem, trafiła wzięła w intensywny, przeprowadzkowy u nas czas, no i - siłą rzeczy - jakoś do kina wtedy nie po drodze było. A że teraz - po okropnym kinowym sierpniu - czekam wciąż na wrześniowe świeżynki, udało się wreszcie film zobaczyć. Byłam już trochę ostudzona średnimi ocenami krytyków i blogerów, tym bardziej więc ucieszył mnie fakt, że film okazał się naprawdę dobry, zabawny, wzruszający, słowem: taki, jakiego oczekiwałam.