Nigdy nie ukrywałam, że mam sentyment do Willa Smitha. Owszem, jest to aktor, który z lubością odgrywa role pierwszo- i niemalże jedynoplanowe (scen z jego udziałem w większości filmów, które firmował swoim nazwiskiem, było co najmniej 80%), a historie, które przypina do siebie przed kamerą są w gruncie rzeczy do siebie bardzo podobne (emocjonalne i emocjonujące, zastanawiające i wzruszające na wielu poziomach). Ale też nie ma w tym przecież niczego złego, pod warunkiem, że robi to dobrze. Tak jak nie ma niczego złego w promowaniu swojego syna, nad którym jeszcze kilka lat temu rozczulaliśmy się (ewentualnie rozczulałyśmy się) w cudownym W pogoni za szczęściem. Kto bogatemu zabroni, prawda? Tyle że o ile opowieść o ubogim, raczkującym maklerze giełdowym, próbującym utrzymać siebie i swojego synka urzekała zarówno na poziomie fabularnym, jak i aktorskim (ach, te urocze maluchy na ekranie), o tyle 1000 lat po Ziemi - wraz z coraz dojrzalszym Willem i tykającą bombą pokwitania (razem z całym zestawem zmutowanych dźwięków wydobywających się z młodego gardła), czyli małym Jadenem - nie wyrabia na żadnym zakręcie. A tych jest w filmie bez liku.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą m night shyamalan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą m night shyamalan. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 16 czerwca 2013
1000 lat po Ziemi
Subskrybuj:
Posty (Atom)