Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą michael haneke. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą michael haneke. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Miłość (2012)

Moja przygoda z Haneke rozpoczęła się zupełnie przypadkowo od Białej wstążki, która... nie przypadła mi specjalnie do gustu. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że filmy Hanekego właściwie nie mają szans się podobać - one mogą zdumiewać, przerażać, obrzydzać, wstrząsać, ale nigdy nie koją i nie pozostawiają po sobie dobrego (czyt. miłego) wrażenia. A ja tego się przecież nie mogłam spodziewać. Podobnie było choćby z przedziwną Pianistką i - paradoksalnie - także z Funny Games, które mimo specyficznej konwencji (a może właśnie przez nią?), miażdżyło w zupełnie inny sposób. Po Miłości nie spodziewałam się więc niczego innego jak potężnej dawki przygnębiającej, okrutnej i szczerej prawdy o czymś, o czym nikt nie lubi mówić głośno. Długo szukałam odpowiedniego nastroju, by się w tę niewypowiedzianą obietnicę wpasować. Znalazłam. Że miałam rację? Przecież nie mogło być inaczej.
 

czwartek, 6 grudnia 2012

Funny Games (1997)

Nie mam fioletowego pojęcia, jak Funny Games (wersja pierwotna, austriacka, bo jest jeszcze jedna, amerykańska, z roku 2007, obsadzona bardziej znanymi nazwiskami, ale wciąż tego samego autora) się u mnie znalazło. Wiem, że leżało długo i jakoś niczym mnie do siebie nie zachęcało. Aż wreszcie - zmęczona premierami, promocją najnowszych hitów i dyskusją nad arcydziełami - włączyłam do obiadu, na chwilę tylko. Tylko przez moment - gdy zobaczyłam nazwisko Hanekego (dacie wiarę, że włączając, nie wiedziałam?), od którego, przesycona recenzjami Miłości, chciałam uciec - zniesmaczona westchnęłam. A potem wystygł mi obiad, za to podniosła się temperatura ciała. I tak dosiedziałam do końca z otwartymi oczami i gęsią skórką, doświadczając - jak dawno - cudownie inteligentnego, cynicznego, mocnego i, po prostu, dobrego kina.