Długo - jak wiecie - marudziłam o tym filmie. Wypatrzyłam go wśród elektryzujących i wyczekanych premier zupełnie przypadkiem jakiś czas temu i mimo zupełnie neutralnego stosunku do McConaugheya postanowiłam obejrzeć. Nie składało się jednak zupełnie. A to zły czas, a to kolejka innych filmów do zobaczenia, a to brzydka pogoda, a to brak weny do ruszenia się z czterech liter... Rozumiecie. Udało się praktycznie w ostatniej chwili, samotnie, w niemalże pustej sali kinowej - warunkach idealnie pasujących do charakterystycznego dla Nicholsa napiętego spokoju, w którym drzemie coś, paradoksalnie, niepokojącego, co czai się za tobą i okrężną drogą w niespiesznym tempie dopada. Emocjonalnie i zmysłowo.