Skoro już jesteśmy w Skandynawii, zajrzyjmy do Bastøy. Nie będą to przyjemne odwiedziny. Nie dość, że zimno i niekomfortowo, to jeszcze przygnębiająco i perfidnie. A wszystko to znów w imię kuriozalnie pojmowanego dobra. Wyspa skazańców to film, w który ktoś błędnie mnie wprowadził, mówiąc, że historia ta była bazą pod niedawny film Scorsese o podobnym tytule. I choć większej liczby podobieństw - ku usilnym staraniu - zwyczajnie się nie doszukałam, seansu nie żałuję, bo, po pierwsze, to całkiem przyzwoite kino i, po drugie, bo Stellan. A ja lubię Stellana i lubię przyzwoite kino, którego on nad wyraz często bywa twarzą.