Mike Leigh - jak nie od dziś wiecie - należy do reżyserów, których szczególnie cenię. Jego filmy mnie uspokajają, wyciszają, dystansują do swoich problemów, przypominają, jak piękna może być proza życia, codzienność, linearność ludzkiej egzystencji, zwyczajność człowieka. I choć najnowszy film brytyjskiego reżysera niezupełnie się w ten splot charakterystycznych cech jego stylu wpisuje, bo dotyczy postaci niezwykłej i niecodziennej, wpisanej w niedzisiejsze realia i wytwarzającej wokół siebie bardziej magiczną niż realistyczną atmosferę, to nadal ten sam Leigh. Nienachalny, prostolinijny, skromny, gloryfikujący życie - zarówno od jego tragicznej, jak i komicznej strony. A zazwyczaj - obu jednocześnie.