Uwielbiam takie niespodzianki. Po Dniu kobiet Sadowskiej nie spodziewałam się wiele dobrego. Nawet nie umiem powiedzieć, dlaczego. Może ten bluźnierczy opis rodem z Gali (ups, on jest z Gali), okrzykujący film polską wersją fantastycznej Erin Brockovich, tak mnie rozdrażnił, że nie uraczyłam tytułu nawet jednym spojrzeniem. Może doświadczyłam dysonansu wynikającego z obsadzenia w głównej roli aktorki kojarzonej z innymi niż kino pierwszoplanowe obszarami kultury i realizowania produkcji przez kobietę, która - podobnie - działała już chyba w każdej działce sztuki. A może po prostu miałam muchy w nosie. Cokolwiek się podziało, że do filmu dotarłam dopiero teraz, jest smutne, bo ominął mnie kawał całkiem niezłego kina kobiecego - przez kobietę popełnionego i o kobiecie mówiącego, sięgający jednak o wiele dalej niż pseudofeministyczny jazgot.