Mogłoby się wydawać, że filmy wojenne nie potrafią już dziś powiedzieć niczego, czego byśmy o wojnie nie wiedzieli. Że krew, że gwałt, że śmierć, a potem wielka, wielka pustka. A przecież gdybyśmy sięgnęli do własnej pamięci, spostrzeglibyśmy, jak często niedowierzamy, widząc lub słysząc, co dzieje się w krajach ogarniętych konfliktem zbrojnym. Przede wszystkim zaś - jak bardzo truchlejemy na widok wojny wkraczającej w codzienność, normalne, powszednie życie, jakie toczy każdy z nas, odpowiadającej złem na dobro, ludzką wolę przetrwania, plan, by żyć, odbierającej to, co najważniejsze - sens istnienia. Właśnie o tym opowiadają estońsko-gruzińskie Mandarynki - jeden z najskromniejszych filmów, jakie powstały o wojnie i jak mało który z nich pokazujący jej prawdziwe, bo widziane z naszej perspektywy oblicze.