Pamiętam jak dziś śmierć Diany. Miałam wtedy zaledwie 9 lat i nie mogłam powstrzymać wzruszenia na widok tysięcy wiązanek wyściełających podjazd do bramy Pałacu Kensington, pięknie zmontowanych, reporterskich migawek, ukazujących księżną w błyszczących sukniach i modnych kapeluszach, a zaraz później przybrudzonych uniformach Czerwonego Krzyża, z ramienia którego odwiedzała kraje Trzeciego Świata. Nie słyszałam o niej wiele wcześniej, nie interesowałam się później. W ciągu tych kilky dni, które dzieliły jej śmierć i pogrzeb, śledziłam jak zahipnotyzowana kolejne doniesienia, żałując okrutnie tej młodej, dobrej i poszkodowanej przez media i rodzinę królewską kobiety. Kiedy rok temu usłyszałam, że ma powstać film o Dianie z Naomi Watts w roli głównej wiedziałam, że muszę go obejrzeć. Nie byłam pewna, w jakim celu projekt ten właściwie powstaje, podejrzewałam nawet, że nie będzie to film wysokich lotów, a historię - bardziej niż emocjonujący życiorys Diany - pociągnie świetna przecież aktorka, jaką jest Watts. Niewiele się pomyliłam. Mam po Dianie bardzo mieszane uczucia i wciąż się zastanawiam, czy moja mocno średnia ocena filmu, nie jest motywowana tylko i wyłącznie wspomnieniami i trudno definiowalnym pociągiem do życia (naj)wyższych sfer.