Ostatni raz polski film recenzowałam cztery miesiące temu. Pokuty nie było, ale i tak ją odmówiłam. Najpierw alkoholowo, u Smarzowskiego, potem konspiracyjnie, u Pasikowskiego. O żadnym, z niewiadomych przyczyn, nie napisałam, choć oba filmy były przecież całkiem do zniesienia. Tymczasem przyszedł maj, a z majem OFF Plus Camera i moje coroczne nadrabianie polskiego kina. Tym razem o wiele mniejsze niż rok temu, bo jestem całkiem na bieżąco, ale wciąż miłe i wyglądane. Czyli zupełnie odwrotnie niż Kamienie na szaniec.