czwartek, 28 lipca 2011

Horton słyszy Ktosia (Horton Hears a Who!, 2008)

reżyseria: Steve Martino, Jimmy Hayward
scenariusz: Cinco Paul, Ken Daurio
produkcja: USA
gatunek: film animowany, familijny

Nie wiem, dlaczego, ale bardzo często, gdy przychodzi mi obejrzeć film animowany, mam wątpliwości. Zapominam, że większość dzisiejszych animacji (a więc filmów animowanych na podstawie bajek i scenariuszy własnych) to albo tzw. bajki dla dorosłych (obraz dla dziecka, dialog - a w szczególności podteksty - dla starszych), albo także dla dorosłych. I niemal zawsze czeka mnie miła niespodzianka. Blokada znika, a ze mnie uwalniają się dwie odrębne istoty: dziecko, które żyje w beztroskim świecie fantazji i dorosły, świadomy wagi poruszanych kwestii. Zwykle więc produkcja leży i czeka, aż łaskawie zniżę się z piedestału dramatów, thrillerów i sensacji i odkopię w sobie dziecko. Tak było z Hortonem, który oczekiwał na moje "tak" niemal półtora roku. Dokładnie od czasu, gdy z zapałem słuchałam entuzjastycznej opinii mojej promotorki, która wraz ze swoją córką Hortona oglądała już kilkadziesiąt razy.

Horton jest słoniem i mieszka w dżungli Null. Jak przystało na porządną dżunglę, zamieszkują ją przeróżne zwierzęta - te żyjące stadnie i te próbujące przetrwać w pojedynkę. Nad wszystkim czuwa Kangurzyca - poważna matrona, której nie w głowie żarty, psikusy, a już tym bardziej fantazjowanie. Kiedy Horton ratuje przed utopieniem koniczynę, na której żyje mały pyłek, (i tak niezbyt już dobre) relacja słonia i pani kangurowej zostaje mocno nadwyrężona. Kangurzyca bowiem uważa za stek bzdur to, co Horton zaczyna głosić wśród mieszkańców (szczególnie tych najmniejszych) dżungli: że na pyłku istnieje życie. Nie mogąc pozwolić na to, by umysły dzieci zostały skażone takimi historiami, Kangurzyca postanawia zniszczyć koniczynkę. Horton musi uratować przed zagładą całe, nie zdające sobie sprawy z niebezpieczeństwa, Ktosiowo.

Dr Seuss - autor opowiadania, na podstawie którego powstał film - podejmuje w tej krótkiej historii masę arcyważnych kwestii. Trudno wziąć pod uwagę wszystkie, kilka więc, które zasługują na pierwszeństwo.

1) Fantastyczna, naczelna dychotomia: świat dorosłych i świat dzieci. Pierwszych uosabia Kangurzyca - pełna powagi, majestatu, do bólu zdroworozsądkowa i stąpająca mocno po ziemi matka, która w imię sztywnych reguł życia i przetrwania chce uchronić wszystkie dzieci świata przed niebezpieczeństwem fantazji. Nie wydaje mi się, że należy Kangurzycę szkalować - bo intencje miała, jak każda matka, dobre. Zapomniała tylko, że dzieci mają prawo, że mają nawet obowiązek uciec czasem w świat wyobraźni, bo fantazjowanie to jeden z głównych motorów ich rozwoju. Kangurzyca nie słyszy głosu Burmistrza i nie wierzy, że na pyłku jest życie, bo skostniała w dorosłości, stanowczo odgrodziła się od tego, co pozostaje w każdym z nas naiwne, dziecięce. Wydaje się, że świat dzieci reprezentuje Horton, ale nie do końca tak jest. Trudno zresztą ocenić, czy jest on dorosłym słoniem, czy raczej jeszcze słoniątkiem. W każdym jednak przypadku ma to, czego brakuje Kangurzycy - dziecięcość, naiwność oglądu świata, ogromną wrażliwość. Może właśnie jest dorosłym, który nie zatracił w sobie tej beztroski, który pozostał w głębi serca dzieckiem. To dlatego jest zdolny słyszeć głos Burmistrza Ktosiowa tak jak małe Kangurzątko - dzieci są bardziej otwarte na to, co nierealne, co dla dorosłych jest absurdem.

2) Wspaniale zawiązana relacja ojca i syna na przykładzie Burmistrza i Joja to ilustracja powszechnego dziś schematu przeniesienia własnych (rodzicielskich) ambicji na dziecko. Kompletny brak dialogu albo raczej umiejętności wsłuchania się w potrzeby dziecka. I tu także widać ogromną miłość rodzica do dziecka, ale ukierunkowaną na własne aspiracje. Nie sposób winić za to Burmistrza, od pokoleń wychowanego w duchu bycia przywódcą. Sam zresztą jest osowiały i nieszczęśliwy z powodu smutku syna. Tym większego wyrazu nabiera scena, w której Jojo pokazuje ojcu, co tak naprawdę zaprząta jego głowę. Imponujący obraz.

3) Gdy narrator mówi o tym, że w istocie jedna mała kropla może złamać liść bambusa, a realizator pokazuje nam obraz spadania tej n-tej już kropli, kiwamy tylko głową na znak zgody. Co innego jednak metafora, co innego życie. Dopiero gdy losy Ktosiowa mają się rozstrzygnąć, kiedy życie Ktosiów wisi na włosku, zaczynamy rozumieć, że czasem wystarczy jeden krok, nasz krok, by - jakkolwiek szumnie to zabrzmi - zbawić, uratować świat. I to jest bardzo dobra przenośnia naszych działań - mój głos sam w sobie może nic nie znaczyć, ale gdy jest n-tym głosem w jakiejś sprawie, może być tym rozstrzygającym, może przeważyć o zwycięstwie bądź przegranej. Wyczytałam gdzieś, że opowiadanie Dr Seussa miało być zresztą alegorią rzeczywistości amerykańskiej. Ściśle, chodziło o stosunki amerykańsko-japońskie, gdy Amerykanie okupowali Japonię i jako dominatorzy, okupanci nie potrafili uszanować inności Japończyków, wykorzystywali ich słabość. Kwestia dla Amerykanów pewnie dość czytelna, dla nas - Europejczyków - zupełnie obca. Trudno jednak dziwić się realizatorom, że opowiadanie uprościli, pominęli ten kontekst historyczny - to w końcu film animowany, a nie dokument. A przesłanie jest i tak piękne.

4) O przyjaźni w kontekście Hortona mówić wiele nie trzeba. Wydaje się, że jest to kwestia najbardziej czytelna. Horton i Burmistrz, przyjazne relacje w niemal całym, utopijnym prawie Ktosiowie, Horton i do końca wierny Morton - to bardzo dobre przykłady prawdziwej przyjaźni, której też zdarzają się potknięcia. I dowód na to, że może uratować naprawdę wiele.

Niełatwo pominąć takie ciekawe wątki jak odwaga Burmistrza, który robił z siebie wariata przed całym miastem; polityka Rady Miasta, dla której najważniejsze było tuszowanie wszelkich brudów, by dać mieszkańcom rozrywkę, przyjemność; osobowość złego ptaka, pełnego pychy i pragnienia sławy, który - w całym swoim przeroście formy nad treścią - obiecuje wiele, robi mało, ale z dumą pręży muskuły i oczekuje zapłaty; czy wreszcie kluczowe "nie" w wykonaniu Kangurzątka, który jest świetnym zobrazowaniem sprzeciwu dziecka wobec ograniczającego jego dziecięcość dorosłego.

I, nie sposób nie wspomnieć: przepiękna muzyka Johna Powella, który komponował muzykę dla naprawdę świetnych filmów, a którego kompozycje są rozpoznawalne i bardzo charakterystyczne (choćby trylogia Bourne'a, Pan i Pani Smith czy rewelacyjne animacje: Mrówka Z, Uciekające kurczaki, Shrek, Epoka lodowcowa, Happy Feet, Kung Fu Panda i Jak wytresować smoka).

Czy polecam? Z czystym sumieniem wręcz każę: oglądajcie!:)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.