środa, 3 sierpnia 2011

Hadewijch (2009)

reżyseria: Bruno Dumont
scenariusz: Bruno Dumont
produkcja: Francja
gatunek: dramat

Na początek mała uwaga: celowo nie podaję polskiego tytułu, który bywa (na szczęście w niewielu źródłach) przytaczany, bo jest dość nieprecyzyjny - Wierząca. Nakreśla temat, ale bardzo spłyca znaczenie. I plakat - wyjątkowo nie filmwebowski, czyli zagraniczny, bo mówi więcej. 

Doprawdy nie wiem, jak Hadewijch się u mnie znalazła. Odkryłam ją jakiś czas temu, obchodziłam wokół, nie wiedząc o filmie zupełnie nic. Wreszcie uległam. Mimo, że to produkcja francuska, a na francuskie filmy mam uczulenie (dlaczego? je ne sais pas). Poirytowana do granic możliwości nawet dotrwałam do końca.

Céline (Julie Sokolowski) jest - cóż tu dużo mówić - bardzo wierząca (jest, dodajmy, chrześcijanką). Pochodzi z bogatej rodziny (jej ojciec jest ministrem), mieszka w centrum Paryża w domu, który wygląda jak apartament Ludwika XIV. Że żyć w nim nie może - tak mocno ssie ją pragnienie życia w Bogu - postanawia udać się do klasztoru. Ale i tam nie ma dla niej miejsca. Céline, przyjmując imię zakonne Hadewijch, próbuje się nie tyle upodobnić do swojej wielkiej, średniowiecznej imienniczki (a była to belgijsko-holenderska mistyczka), co nawet ją przeskoczyć: uparcie się umartwia (post, wyziębienie itd.) i marzy o tym, by Bóg, który objawia się w jej zakochanej duszy, dał się także poznać w sposób fizyczny, cielesny. Nic dziwnego, że Céline zaczyna przerażać nawet matkę przełożoną. Biedna dziewczyna zostaje z zakonu wydalona, by poszukała powołania w świecie zewnętrznym. Znajduje go w napotkanym islamskim fundamentaliście i jego bracie, którzy sprzedają jej islam i tym samym zachęcają do walki w imię Boga (co oni gorliwie czynią, podkładając w mieście bomby). Poszukiwania Céline ostatecznie prowadzą ją nad brzeg rzeki. Bo po co żyć, skoro Bóg wciąż umyka? 

Teraz będzie frazes, ściągnięty z opinii Wielce Poważnych Recenzentów: chodzi tu o zderzenie chrześcijańskiego mistycyzmu (a i przy okazji religijnego fanatyzmu) z islamskim fundamentalizmem. Ale ja nie mam zamiaru wcale powielać schematów w temacie recenzji. Bo - będzie dygresja - do pasji doprowadza mnie, gdy widzę jedną Mądrą Recenzję, która jest mądra dlatego, że autor uznał film za arcydzieło (choć prywatnie uważa go za gniot) i kilkadziesiąt kolejnych Mądrych Recenzji, które są mądre dlatego, że ten pierwszy autor tak film docenił, a pozostali ją powielili. Skoro ten Wielce Poważny Recenzent napisał, że film dobry, to widocznie jest dobry, a ja myślę źle. Enyłej, zmierzam do tego, że Dumont sprawę bardzo mocno spłycił. Coś, na czym warto było się skupić (ekspansja islamu w zlaicyzowanej Francji) on tylko liznął, skupiając się na wyszeptywanych modlitwach Hadewijch, z których nic zupełnie nie wynika. 

Żeby nie zagłębiać się w to, co można przeczytać wszędzie, ja o samej Hadewijch. Dziewucha dojrzewa. Ile ona może mieć lat - 20? 21? może 22 (jest studentką teologii). Normalne, że w tym wieku szuka się spełnienia emocjonalnego, miłości. A hormony szaleją, więc przydałoby się też poczuć namacalnie czyjąś bliskość, być z kimś fizycznie (choćby poprzez dotyk). Że jest Hadewijch zakochana w Bogu, to się rozumie, że szuka tej cielesności właśnie w nim. Tylko jak poczuć Boga w taki sposób? Hadewijch też nie wie i bardzo z tego powodu cierpi. Tłumaczyć się nie tłumaczy, bo jak? Rodziców już odpuściła, coś tam jeszcze usiłuje wyjaśnić Yassinowi i Nassirowi. Brzmi to mniej więcej tak: "Kocham Boga, rozumiesz?" - "...". Albo: "Nie potrzebuję mężczyzny, tylko Boga" - "Masz źle w głowie". Ale o tym, że świat nie rozumie mistyków, fanatyków i głęboko wierzących wiadomo nie od dziś. W czym więc tkwi problem? Ano w tym, że Céline potrzebuje kierownika duchowego, a raz, że nie wie, gdzie go szukać, dwa, nikt nie garnie się, by jej pomóc. Najłatwiej uciec w wir pracy (rodzice) albo zrzucić winę na Bogu ducha winną dziewczynę i oskarżyć ją o egoizm (matka przełożona). To, że Nassir jako jedyny próbuje Céline zrozumieć, naświetlić jej swoje (islamskie) widzenie Boga, jest ważne, znaczące. Dlatego tak szkoda, że Dumont nie wyszedł w tym temacie poza sprzedanie islamu w pigułce i wspólną modlitwę. Céline domaga się (choć sama tego nie wie) drogowskazu, kogoś, kto powie jej, jak żyć w tym zwariowanym świecie, kochając Boga i akceptując brak jego fizycznej obecności. Nie otrzymuje tego, więc idzie po omacku. Dlatego drażni Yassina swoim dotykiem (dla niej to tylko spełnienie potrzeby bliskości, dla niego - wiadomo). Dlatego wielokrotnie z rozpaczą przybiega do grobu Chrystusa (gdzie może być blisko Jego ciała). Dlatego rodzi się na nowo w męskich ramionach (ostatnia scena) - ramionach kogoś, kto w daleko idących interpretacjach może być dużą metaforą. 

Julie Sokołowski, zdaje się, w roli Hadewijch debiutowała. Wielce Poważni Recenzenci twierdzą, że to udany debiut. Bzdura. Ona zupełnie nie przekonuje. Przez cały film ma jeden i ten sam wyraz twarzy, a w scenie, w której wybucha rozpaczliwym płaczem, jest po prostu niewiarygodna. Jest tak bardzo nieszczęśliwa w tej swoje miłości, że nie dziw później, gdy uważa się wierzących za fanatyków, a miłość do Boga za bolesną karę. Bez wątpienia dowodzi tylko o jednym: jest uduchowioną, dojrzałą duchowo (ale emocjonalnie już nie - nie radzi sobie ze swoimi pragnieniami, wypiera swoją seksualność w sposób skrajny) osobą, która naprawdę kocha Boga. Ale nie wie chyba jeszcze, że może odnaleźć Go też w drugim człowieku, zdobywając przy okazji to, czego potrzebuje dalece więcej: bliskość drugiego.

I jeszcze rzecz krótka o montażu, o tempie w ogóle. Ja wiem, że niektórzy ludzie to mają na wszystko czas. Ale bez przesady. Kiedyś mówiono, że polskie kino ma (dziś już raczej: miało) to do siebie, że robi się scenę na zasadzie: "Idzie, idzie, idzie, doszedł". A kamera za nim. Przeciwstawiano to amerykańskim produkcjom, gdzie całe to "pomiędzy" jest wycięte: "Idzie, doszedł". Dumont w takim razie chyba nie lubi amerykańskiej kinematografii. Co się dzieje w Paryżu Dumonta? Metro jedzie, jedzie, jedzie, wciąż jedzie, jeszcze chwilę jedzie, o, dojechało. Pada deszcz - pada, pada, coraz bardziej pada, pada, pada, cały czas pada, trochę mniej pada, przestaje. Bohater idzie i idzie, aż się ma ochotę go popchnąć, krzyknąć: "Ruchy, ruchy!". Męczące jak diabli.

Czy polecam? Miałam jednoznacznie się dziś określić. Że nie, oczywiście. Ale, tak sobie myślę, przecież nie przeszłam obok tego filmu obojętnie. Poirytował mnie mocno, wzbudził parę refleksji, szarpnął emocjonalnie. Więc coś jednak Dumont, szlag by go, we mnie zrobił. Ale to nie są fajne odczucia. Więc jeśli chcecie tego - proszę. Ceniącym spokój - odradzam.

1 komentarz:

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.