wtorek, 20 września 2011

Colombiana (2011)

reżyseria: Olivier Megaton
scenariusz: Luc Besson, Robert Mark Kamen
produkcja: USA, Francja
gatunek: akcja

To miał być prezent na Dzień Chłopaka. Mąż o filmie mówił dużo i chętnie, spotykając się z absolutną ignorancją, graniczącą ze sceptycyzmem z mojej strony. Ale w akcie niesłychanej dobroci i braku pomysłu na podarunkowe, przesunięte nieco w czasie z racji wyjazdu świętowanie, postanowiłam się poświęcić i kupić bilety na Colombianę. Będąc - trzeba dodać - przekonana, że będzie to nieprzyjemny miks Wanted, Kobiety-Kot i nieszczęsnej Hanny. A tu niespodzianka, miła bardzo, miła.

Catalaya (Zoe Saldana) jako mała dziewczynka jest świadkiem zabójstwa - bezlitośni gangsterzy zabijają jej rodziców. Mądry tatuś przed rychłą śmiercią instruuje małą, do kogo ma się zgłosić, żeby przeżyć i tym samym dziewczynka dociera do Chicago, gdzie żyje jej rodzina. Catalaya jak każda mała dziewczynka doskonale wie, kim chce być, gdy będzie duża. Tylko to marzenie nieco różni się od pragnień jej rówieśniczek, aspirujących do miana księżniczek i modelek. Catalaya chce być zabójcą, a wujek - czy tego chce, czy nie - ma jej w tym pomóc. Mija 15 lat, z dziewczynki wyrasta piękna, zwinna kobieta, która jako płatny zabójca zawodowo realizuje zlecenia od wuja - czyli zabija. Przy okazji na własną rękę próbuje rozprawić się z mordercami jej rodziców - pozbywając się innych zabójców i pozostawiając na nich swoją wizytówkę, ma nadzieję dotrzeć do źródła i wywabić z kryjówki tego, który jest odpowiedzialny za śmierć jej bliskich. Choć Catalaya nigdy nie chybi, jest jednak tylko człowiekiem - a tym szargają różne emocje, z miłością na czele. Nietypowy związek z Dannym (Michael Vartan) sprawia, że na trop kobiety wpada także FBI. Czy z agentami pójdzie równie łatwo, co z płatnymi zabójcami?

A jak! Ale zanim ten mocno przewidywalny scenariusz doprowadzi nas do finału, możemy z lubością oglądać piękną, sprytną i zwinną jak kocica Saldanę, z zimną krwią i niesłychaną lekkością rozprawiającą się ze swoją przeszłością. Tuż przed seansem byłam przekonana, że jest ona jedyną dobrą rzeczą w tym filmie - i to prawda, jest świetna. Ale, szczęśliwie, twórcy nie wpadli na genialny pomysł, by mierny film oświecić jedną, acz dużą gwiazdą. Scenariusz - choć łatwy do odgadnięcia - jest bardzo czytelny i przejrzysty, a mimo to niektóre rozwiązania zaskakują. Może to dzięki dość wartkiej akcji, może odwracającej jednak mocno uwagę Saldanie, ale jednak te elementy zaskoczenia zdecydowanie dodają barw całej produkcji. Do tego wspaniałe zdjęcia meksykańskich i nowoorleańskich rzutów na miasto autorstwa Romaina Lacourbasa i całkiem dobra muzyka Nathaniela Méchaly'ego potęgują wrażenia, że to całkiem przyzwoity obraz. Film się nie dłuży, a rzecz ogląda się naprawdę przyjemnie. Nic na siłę, żadnych udziwnień i prób wrzucenia w kadry wszystkiego, co przychodzi twórcom do głowy (i to na raz). To po prostu dobrze zrobiony film. 

O Zoe Saldanie nie trzeba mówić więcej niż to, że jest naprawdę dobra. Może nie wybitna, może nie do nagrodzenia, ale też zarzucić jej wiele nie sposób. Uwagę zwraca w Colombianie jeszcze Cliff Curtis w roli Tio, wuja Catalayi. Bardzo dobry aktor, bardzo dobra rola, bardzo dobra gra.

Czy polecam? Sama siebie zaskakując - tak.


2 komentarze:

  1. Ja także jestem zaskoczona Twoją rekomendacją. I z ciekawości zobaczę. Może nie od razu pobiegnę do kina, bo wcześniej chcę jeszcze poznać nowego Almodovara i Czarną Wenus, ale gdy wypełnię ten plan, to chętnie wybiorę się na coś lżejszego. W kinie, zresztą, widziałam trailer, fajnie jest popatrzeć jak babka zalatwia całą hordę złych facetów. Poza tym, widoki na Meksyk i Nowy Orlean też mnie kuszą.

    OdpowiedzUsuń
  2. eh ja na ten film mam chrapkę już od dłuższego czasu, ale jakoś ciągle brakuje czasu by się wybrać ;)

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.