poniedziałek, 5 września 2011

Cudowne dziecko (August Rush, 2007)

reżyseria: Kirsten Sheridan
scenariusz: James V. Hart, Nick Castle
produkcja: USA
gatunek: obyczajowy

Dostałam go od teściowej. Była zachwycona i kazała mi go jak najszybciej oglądnąć. Nie podzielając jej entuzjazmu, film odłożyłam. Leżał i jakoś zupełnie mnie nie nęcił. Aż do dziś. Maluję paznokcie, myślę: a, włączę coś, niech leci. No i poleciało. I się o paznokciach zapomniało.

Evan Taylor (Freddie Highmore) jest sierotą. Mieszka w sierocińcu i bardzo tęskni za rodzicami. Nigdy ich nie widział (został oddany do adopcji tuż po narodzinach), ale wierzy, że go słyszą. Bo Evan ma dar: słyszy muzykę. Wszędzie i we wszystkim. Tuż obok jego historii poznajemy losy Layli (Keri Russell) – utalentowanej akordeonistki i Louisa (Jonathan Rhys Meyers), wokalisty i muzyka. Przypadkowe spotkanie przynosi więcej niż oboje mogli sobie wyobrazić. Taki sam przypadek sprawia, że mają się już nie spotkać. Mimo pamiątki z tego spotkania… Po 11 latach losy tej trójki muszą się połączyć. Evan ucieka z ośrodka, by sprawić, że rodzice go usłyszą, Layla poszukuje swojego dziecka, a Louis – ukochanej. Czy ta historia może nie mieć szczęśliwego zakończenia?

Ale zanim nastąpił finał, działo się, działo się dużo i bardzo. Wszechogarniająca muzyka, niesamowita zdolność Evana słyszenia najmniejszych szmerów i odnajdowania we wszystkim, co się rusza pięknych dźwięków… Wielki dar, ogromny talent, który… wpada w niewłaściwe ręce. Czarodziej (w tej roli świetny Robin Williams) traktuje Evana tak jak inne dzieciaki ze swojego worka – jak produkt, na którym może dobrze zarobić i jeszcze lepiej sprzedać. Robi chłopakowi papkę z mózgu, żerując na jego marzeniach, grając na emocjach i wykorzystując dziecięcą naiwność. Z drugiej strony kościelna grupa gospel, która robi dokładnie to, co należy zrobić w obliczu takiego talentu: pomaga mu rozwinąć skrzydła, inwestuje weń po to, by jego właściciel robił to, co kocha i robił to jak najlepiej i by inni czerpali z owoców tego daru. Trochę bajka, ale jaka...

Sheridan z obsadą, na pierwszy rzut oka, nie poszalała. Ale gdy przyjrzeć się bliżej, ten film aż kipi czarem dobrze zagranych ról. Freddie Highmore, który zagrał Evana, jest naprawdę cudownym dzieckiem. Niesamowicie rozkoszny w swojej grze, o fantastycznej mimice, która potrafi pokazać najmniejszą emocję i oczach, które mówią więcej niż słowo. Szalenie przekonywujący i naturalny. Amazing. Keri Russell jak zwykle piękna. Jako muzyk, jako kobieta, jako matka. Pełna wdzięku i pasji. Bardzo przyjemnie się ją ogląda. Robin Williams w tej nieziemskiej charakteryzacji maga w roli wariata, ale i świetnie węszącego dobry interes cwaniaka i „opiekuna” dzieci (jakkolwiek to brzmi) wypadł naprawdę dobrze. Terrence Howard jako Richard Jeffries w swojej małej roli zdążył pokazać, jak wiele ma w sobie ciepła. I te rozkoszne dzieciaki, jak choćby Jamia Simone Nash w roli Hope. Cudo.


I wielki plus za to, że nie nikt nie pokusił się o dopisanie zakończenia: jak, kto, komu i co tłumaczył i jak rzecz się ułożyła. Bo po co?

Cóż można powiedzieć o muzyce w filmie o muzyce? Że jest piękna? To za mało. Gdy zobaczyłam w czołówce Marka Mancine, zrobiło mi się cieplej, ale muzyka i tak przeszła moja oczekiwania. Aż gdy zobaczyłam w napisach końcowych współautora muzyki. Zimmer. Uśmiałam się. No bo jak inaczej?

Przepłakałam połowę filmu, a przez ostatni kwadrans siedziałam z nosem przyklejonym do ekranu i trzymałam kciuki za nich wszystkich. Jak jakaś głupia.

Czy polecam? Jak najbardziej tak. Nie tylko wrażliwym.

4 komentarze:

  1. Ja też sobie puszczam, żeby coś leciało, przy robieniu paznokoci. Nieznoszę tej czynności, więc muszę sobie jakoś ją umilić. Dziś zerkałam na Dzieńdobry TVN i dzięki temu wysłuchałam wywiadu z K. Piesiewiczem.
    Co do filmu, nawet o nim nie słyszałam, zainteresowałaś mnie, zapamiętałam tytuł (i polki i angielski, bo polski może się mylić z innymi tytułami) jeśli nadarzy się okazja zobaczę. I posłucham, bo jak piszesz, jest czego. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Babka filmowa, fajnie, że wpadłaś:) Paznokcie - fajny jest tylko efekt, robota żmudna i - rany - tyle czasu człowiek traci, że aż miło coś pooglądać. Coś jak prasowanie:)

    A jeśli chodzi o film, to miło mi, że zaciekawiłam. Mam nadzieję, że kiedyś przeczytam u Ciebie jego recenzję.

    OdpowiedzUsuń
  3. uwielbiam ten film!! moje ulubione sceny to te gdy przeplatają muzykę klasyczną z rockiem, dzizz jaka to ma siłę oddziaływania; widziałam 6 razy i 6 razy płakałam, cudowne...

    OdpowiedzUsuń
  4. Niesamowity film, klimat, urocza, chociaż odrobinę nieprawdopodobna historia... same zalety :)
    (ps. ale nie zgodzę się, że z obsadą 'nie poszalała' - wystarczą dwa nazwiska - Williams i Rhys Meyers :))

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.