piątek, 9 września 2011

Malowany welon (The Painted Veil, 2006)

reżyseria: John Curran
scenariusz: Ron Nyswaner
produkcja: Chiny, USA
gatunek: melodramat

Wyczytałam gdzieś kiedyś, że wart obejrzenia. Zdobyłam, położyłam i, jak zwykle, przeleżał film kilka miesięcy zanim po niego sięgnęłam. A sięgając nie miałam pojęcia, że znajdę tam Watts i Nortona. W dodatku w Chinach.

Mamy Chiny właśnie. Mamy Kitty (Naomi Watts) i Waltera (Edward Norton), którzy wędrują ze swojego rodzinnego miasta - Szanghaju - do małej chińskiej wioski, by nieść tam kaganek higieny i walczyć z szalejącą cholerą. Znaczy Walter niesie, a Kitty nie ma wyjścia i musi go w tym wesprzeć - są lata 20., żona musi być ostoją dla męża. Szczególnie, gdy jest niewierna. Między małżonkami jest mnóstwo napięć i niedomówień. Czy życie w nędznej wiosce pomoże im uleczyć zranienia, które sobie zadali? O tym jest właśnie powieść W. Somerseta Maughama, którą Curran (nie jako pierwszy) zekranizował.

Historia Kitty i Waltera jest typowa. Ot, niewierność, gniew, desperacja, szantaż, rozczarowanie, głuche pogodzenie się z nędznym losem. Małżeństwo ze ślepej miłości z jednej strony i niezdrowego rozsądku z drugiej aż się prosi o zboczenie z tej dziwnej, nikogo nie satysfakcjonującej drogi.  Egocentryczna pani i dumny pan. Schematyczne. Ale to nieważne, bo ich historię w całości przyćmił inny bohater - Chiny.

Chiny w latach 20. były pogrążone w dwóch chorobach: jedna to cholera, druga - rewolucja. Jedną i drugą leczyć przychodzi tym, którym zależy po prostu na człowieku, m.in. lekarzom i zakonnikom. Mamy więc ogromną liczbą umierających ludzi, mamy biedę, mamy bojowo nastawionych do obcych Chińczyków, mamy migracje mieszkańców w poszukiwaniu czystej wody i życia w ogóle. A tuż obok mamy piękne krajobrazy (rewelacyjne zdjęcia Stuarta Dryburgha), z pozoru kojące, subtelne, a w rzeczywistości tłumiące jakiś niepokój, skrywające tajemnice. A to wszystko pokazywane w rytm pięknej,  klasyczno-orientalnej, nagrodzonej Globem muzyki - Desplate, oczywiście.

Naomi Watts przez połowę filmu chodzi z jednym grymasem na twarzy. Kiedy już myślę że nie zdzierżę, pokazuje, że potrafi coś więcej. Jest w porządku, choć po The Ring mam do niej tak duże uprzedzenie, że jakoś ciężko mi ją docenić. I chyba nie do końca jednak nadaje postaci Kitty właściwy rys. Można było więcej, można było barwniej. Edward Norton gra po prostu dobrze. Jak wszędzie. Bez rewelacji, ale też bez jakichś specjalnych potknięć. Za to Toby Jones w roli Waddingtona jest cudny. Nie tak może cudny jak w Infamous, ale sentyment - jak widać - mi pozostał. 

Czy polecam? Nawet tak. Dla Chin choćby.


2 komentarze:

  1. to chyba jestem z najgorszych filmów w biografii wspomnianych autorów, oglądałam go bardzo dawno i pamiętam jak przez mgłę, ale to nie był dobry film, taki bym powiedziała mocno niewiarygodny; nie podobał mi się

    OdpowiedzUsuń
  2. Próbowałam to kiedyś pooglądać skuszona miejscem akcji, ale niestety, wytrwałam jakieś kilkanaście minut. Już tak mam, jeśli film nie chwyci mnie mnie przez pierwsze pół godziny, odpuszczam sobie, jest tyle fajnych filmów jeszcze do zobaczenia.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.