sobota, 10 września 2011

Sprawa Kramerów (Kramer vs. Kramer, 1979)

reżyseria: Robert Benton
scenariusz: Robert Benton
produkcja: USA
gatunek: dramat

Założenie było takie: nie piszę o klasykach. Bo cóż nowego moje marne pisanie wnieść może do stosu wspaniałych recenzji, doskonale opisujących film, grę aktorów, pracę reżysera i całego sztabu ludzi za sukces produkcji odpowiedzialnych? Raz więc, że klasyk, dwa, że data. No bo proszę was... 1979 - seriously? Ale nie mogę. Zbyt dużo we mnie świeżych wrażeń, żeby tak po prostu się poddać. W ramach więc poznawania wczesnej twórczości Streep, jest Kramer vs. Kramer.

Film otwiera pożegnanie. To Joanna (Meryl Streep) żegna się ze swoim śpiącym 7-letnim synkiem Billy'm (Justin Henry). Nie, nie wyjeżdża. Porzuca go. Czuje się nieszczęśliwą żoną i wyrodną matką, więc postanawia poszukać gdzieś siebie i swojego indywidualnego szczęścia. Jeszcze tylko czeka w kuchni na wracającego późno z pracy męża - Teda (Dustin Hoffman). Ted nie jest może idealnym mężem i ojcem, ale za to robi świetną karierę w reklamie. Właśnie zresztą dostał awans i nowe wyzwanie. Jest tym tak pochłonięty, że w ogóle nie zauważa walizek żony i puszcza mimo uszu jej słowa o odejściu. Nie dociera to do niego nawet, gdy Joanna wychodzi. Przecież wróci - jak po każdej sprzeczce, pewnie poszła wyżalić się przyjaciółce. Ale Joanna nie wraca, a Ted staje przed dużo większym wyzwaniem niż zatrzymanie nowego klienta firmy - musi wejść w rolę ojca. Rolę, którą dotąd bardzo zaniedbał. A tęskniący za ukochaną mamusią 7-latek nie jest produktem, który można zaprojektować według własnych upodobań... Bycie ojcem Tedowi zaczyna się jednak całkiem podobać. To nic, że zawala pracę i mocno grabi sobie u szefa. Nawiązał niepowtarzalną więź z synem i nic nie jest dla niego już tak ważne. Nawet Joanna, o której powoli zapomina (minęło w końcu półtora roka od jej odejścia). Sielanka trwałaby dłużej, gdyby nie to, że marnotrawna matka wraca upomnieć się o swoje prawa do syna. Zmieniła się. Dojrzała, dotarła do siebie, podbudowała poczucie własnej wartości. Ted ani myśli oddać jej Billy'ego. I tak rozpoczyna się sądowa walka o to, co oboje kochają nad życie - małego, nieświadomego niczego synka.

Rzecz działa się ponad 30 lat temu. I nic, absolutnie nic się w kwestii ról społecznych związanych z rodziną nie zmieniło. Wciąż to matka jest tym głównym rodzicem, spędzającym z dzieciem najwięcej czasu i wciąż to ojciec jest tym od wrażeń, prezentów i garstki cennego czasu, wydzieranego mu siłą i z wyrzutami sumienia. Zmienił się tylko kontekst, w świadomości wciąż tkwią utarte schematy, które serwuje nam Benton. Jest więc pracujący w pocie czoła na utrzymanie rodziny ojciec, któremu w głowie się nie mieści, że ktoś może wymagać od niego czegoś więcej, skoro wszystko właściwie powinno się mu zawdzięczać (w myśl zasady: "im więcej zarabiam/przynoszę do domu, tym mniej ma się ode mnie wymagać w innych kwestiach). Jest zdesperowana, nieszczęśliwa matka, która rezygnuje z pracy, z samorealizacji, ze swojego indywidualnego szczęścia, by żyć dla męża i dziecka, która utraciła gdzieś w macierzyńskiej drodze swoją kobiecość, która daje się stłumić mężowi i jego irracjonalnym argumentom, która pozwala sobie wydrzeć ostatni gram samoakceptacji i która - ostatecznie - odchodzi z poczuciem klęski i odpowiedzialności za cały ten bajzel. Jest rozwód - tragedia dla ludzi, którzy jeszcze przed chwilą byli sobie bardzo bliscy, a którzy teraz stają naprzeciw siebie jak wrogowie, gotowi użyć najcięższego działa, żeby wygrać; a przy okazji znakomite pole walki dla walczących jak lwy - krwawo i bezkompromisowo - adwokatów. Jest wojna o dziecko, na której najwięcej traci właśnie ono - niewinne, rozdarte pomiędzy dwojga najbliższych mu ludzi. Jest wreszcie genialnie zaprezentowana kulturowo uwarunkowana wyższość męskiego ego nad mizernym światem kobiecych emocji. I tylko jedno odwrócenie schematów: tym razem porzucony zostaje on, nie ona. I wszystko się zmienia.

Fantastycznie Benton prowadzi widza po historii Kramerów. Bardzo odważnie przeciąga linę sympatii do bohatera. Najpierw, widząc zachowanie Teda i rozpacz, malującą się na twarzy Joanny, nie sposób nie być po jej stronie. - Co za bydlak... - myślimy, widząc jego kompletną ignorancję w stosunku do żony. I to wcale nie wygasa, gdy Ted zostaje rzucony na głębokie wody ojcostwa i prowadzenia domu. - Dobrze mu tak, nie zobaczy, jak to jest. A potem Ted zyskuje naszą aprobatę. Widzimy, jak się zmienia, jakim staje się facetem, ojcem i... tracimy dla niego głowę. Gdy wraca Joanna jesteśmy gotowi stanąć u boku Teda i walczyć z nim o prawo do syna. Bo my nie jesteśmy jak ta wyrodna matka. I tak aż do momentu rozprawy, gdy widzimy pastwiącego się nad Joanną prawnika i jej reakcję na zeznania Teda, na jego opowieść o ojcostwie. I znów everything changing...

Choć po Sprawę Kramerów sięgnęłam dla ukochanej Streep, absolutnie całą moją uwagę przykuł Dustin Hoffman. Ale najpierw o świetnie napisanej roli. Ted Kramer nie jest doskonały - nigdy nie był. Jest porywczy, zadufany w sobie, zupełnie ślepy na to, co codzienne, zafascynowany swoją pasją, zaaferowany pracą. Jest przekonany, że skoro on jest szczęśliwy, szczęśliwy jest cały świat - szczególnie jego żona. Uważa się za dobrego ojca, choć chyba nigdy nie zastanawiał się nad uargumentowaniem tej tezy. Odejście Joanny otwiera w Tedzie całą masę skrywanych lęków i emocji, którym nie dawał ujścia. Jest wściekły, ale ten gniew, ta bezradność, to urażone męskie ego, a przede wszystkim ten 7-letni szkrab o bujnej blond czuprynie, mobilizują go do walki. Do walki o ich wspólny byt, o byt ojca i syna. I w tej gonitwie Ted wygrywa. Wygrywa siebie, swoje ojcostwo, swoją, rozwaloną wprawdzie, ale także odzyskaną rodzinę. Hoffman pokazał to wszystko w 200%. Szaleństwo, które miał w impulsywnych gestach, niespokojnym chodzie, zuchwałym i ciętym języku dało niepojęcie przekonującą postać ojca, który nie ma skrupułów, by zdobyć to, co najważniejsze. Coś wspaniałego. Choć okupione własnym cierpieniem - Hoffman w czasie zdjęć do filmu sam był w trakcie rozwodu - swojego. Świadomość, że dramatyzm, który pokazał, jest absolutnie realny i wypływający z jego prawdziwych emocji, tylko pogłębia ogromne wrażenie jego aktorstwem.

Meryl Streep - bo przecież muszę - jako Joanna Kramer była jeszcze bardzo młodziutka. To był jeden z jej pierwszych filmów, ale zagrany już po oddaniu jej hołdu w nominacji do Oscara za Łowcę jeleni i w roku, w którym była absolutnie rozchwytywana przez reżyserów (oprócz Kramerów zdążyła obskoczyć jeszcze Niezwykłe kobiety... i Inni, Uwiedzenie Joe Tynana i Manhattan). I co z tego, że oprócz Oscarowej powtórki za 3 lata (wygrana za Wybór Zofii) do dziś w nagrodę za swoją pracę dostaje zaledwie nominacje? Te 30 lat temu była tak samo naturalna, a jej oczy czerwieniły się ze wzruszenia dokładnie w ten sam sposób. Nie można się temu oprzeć. Jest zjawiskowa.

Niby zwykły dramat (sądowy, jak niektórzy dodają), niby życie, niby nic niezwykłego, a jakoś nadzwyczaj porusza. Nie tylko mnie. Akademie też - bo o czym innym świadczy 5 statuetek Oscarowych, 4 doń nominacji, a do tego 4 Globy i tyleż do nich starań?

Czy polecam? Obowiązkowo.


12 komentarzy:

  1. widzę że temat cię bardzo wzburzył, ten film też widziałam bardzo dawno i to nawet dwukrotnie, trafiłam na niego kiedyś w telewizji gdzieś w 1/3 filmu, za drugim razem obejrzałam od początku; no film fenomenalny nie tylko ze względu na parę głównych, świetnie zagranych bohaterów, ale głównie ze względu na temat

    bardzo rzadko w kinie lub w życiu to mężczyźni dostają większe prawa rodzicielskie, nawet jeśli matka jest wariatką to i tak dziecko zostaje z nią; piszę to jako dziecko rozwodników i obserwator, uważam że główną winę za utwierdzanie tych schematów ponoszą kobiety, coś takiego w nich jest (matkach) że chcą wszystko zrobić same, bo tylko one mogą to zrobić poprawnie, po facetach cały czas wszystko poprawiają, a to wszystko sprawia że oni się odsuwają, na początku by zejść jej z drogi, a potem tak zostaje i się kręci

    OdpowiedzUsuń
  2. Tylko, że to jest wpisane w naturę kobiet. Jedne mają tego czegoś mniej, u innych jest bardziej nasilone - problem w tym, że mało która z nas zauważa, że to nie jest dobry kierunek i że same się na tym przejedziemy. Faceci z kolei nie mają pojęcia, że to wypływa z kobiecej natury i są przekonani, że trafiła im się jędza i perfekcjonistka w jednym, że to taka osobowość. Dlatego się szamocą, ale gdy widzą, że w sumie to wygodne, poddają się.

    A pozycja kobiety w rodzinie, w szczególności jako matki, jest kulturowo obecna od wieków i to się szybko nie zmieni, bo my nie chcemy tak naprawdę nic zmieniać. Tylko potem szok, dlaczego wyrodna matka, która odchodzi od dziecka "pozałatwiać swoje sprawy" dostaje pełne prawa rodzicielskie. Prawo też w stereotypie "u mamy zawsze najlepiej" tkwi, niestety:(

    OdpowiedzUsuń
  3. a propo stereotypów w prawie, nie wiem czy widziałaś taki polski fil "Tato", tam również występuje motyw porzucenia dziecka przez matkę, jego dorastanie do ojcostwa oraz walki o prawa rodzicielskie, z babcią dziewczynki

    co jest najbardziej pokręcone, sąd skłania się do oddania tego dzieciaka babce, nawet po tym jak dowiaduje się że babka karmi dziewczynkę valium i bije żeby była spokojna, a dobry, fajny ojciec? nie umie ugotować pomidorowej to się nie nadaje...

    OdpowiedzUsuń
  4. Wiem, pamiętam. To jest straszne, nie?

    OdpowiedzUsuń
  5. Masz rację, film jest totalnie świetny, aktorstwo doskonałe w każdym calu, a temat - co tu więcej dodać do tego, co już napisałyście - według mnie ten film po prostu powinien był powstać!

    a scena, w której Ted robi ze swoim synkiem francuskie tosty jest jedną z moich ulubionych w historii kina!

    OdpowiedzUsuń
  6. Wspaniały film, niezapomniane kreacje i jedna z najlepszych scen, zgadzam się z maa-k, wspolne robienie tostów przez obu panów K., malego i dużego.

    OdpowiedzUsuń
  7. Ale się rozpisałaś ;).
    Koniecznie muszę obejrzeć właśnie ze względu na temat.

    OdpowiedzUsuń
  8. Ponieważ nie przepadam za filmem "Czas Apokalipsy" uważam, że "Sprawa Kramerów" bardziej zasłużyła na te Oscary. Mimo banalnej treści jest to świetne kino. Aktorstwo Dustina Hoffmana i Meryl Streep jest mistrzowskie, dzięki nim postacie zwykłych ludzi wydają się bardzo autentyczne i ciekawe. Reżyser podszedł do tematu nie do końca poważnie dodając odrobinę humoru, co sprawia, że jest to bardziej film obyczajowy niż dramat psychologiczny.

    A recenzja świetna, szczególnie ten czwarty akapit - ja z początku nie zauważyłem tej zmiany u Teda, od początku kibicowałem jemu, mimo jego wad - bo jego wady spowodowane były głównie przez pracę, a pracował przecież dla dobra rodziny.

    OdpowiedzUsuń
  9. Peckinpah, podaj rękę, ja też nie przepadam za "Czasem Apokalipsy". Piszesz "mimo banalnej treści", no przepraszam, wojna domowa, to nie jest banał, jej skutki widzimy na każdym każdym kroku i codziennie. :)
    Najgorsze jest w tym filmie to, że rozumiemy obie strony konfliktu i tak naprawdę nie można stanąć tylko za jedną. Ted pracował dla dobra rodziny, owszem, ale nie wolno mu było zapominać, że praca i pieniądze to nie wszystko. Czasem ważniejszy i droższy, na wagę złota, jest czas, który przecież tak szybko ucieka i nie można go odwrócić, jaki powinno się tej rodzinie (dzieciom i ŻONIE) poświęcać. To dzięki żonie, która go opuściła, Ted poznał smak prawdziwego ojcostwa, i to w tym najważniejszym okresie dla syna, i niego. Gdyby nie ona, i jej odejście, Ted otrząsnąłby się po 20 latach, stwierdzając, że ma pracę, 50 lat, ale nie ma syna, albo ma, ale bardzo "daleko", że raczej jest to ktoś obcy.
    Ten film zrobiony ponad 30 lat temu doskonale sygnalizuje problem rodziny, który obecnie jest bardzo powszechny - brak obecności ojca w wychowywaniu dzieci, chociaż już zaczyna się nad tym fantem pracować, coraz bardziej go nagłaśniając, także w mediach (np. swojego czasu GW wydała "Listy do ojca") i myśląc nad urlopami tacierzyńskim (w niektórych krajach są on już na porządku dziennym - Szwecja).

    OdpowiedzUsuń
  10. Podaję rękę :)
    Trudno się z Tobą nie zgodzić. Na pewno masz całkowitą rację. W tamtych czasach nie był to banalny temat, mało było wtedy takich filmów, więcej było filmów o matce samotnie wychowującej dziecko. Dlatego film Bentona wydawał się świeży i oryginalny, stąd te Oscary. Ale obecnie taka tematyka jest często obecna w telewizyjnych seriach w stylu "Okruchy życia" i stała się przez to banalna, przynajmniej dla mnie. Tym bardziej, że żaden z późniejszych reżyserów nie powiedział na ten temat nic więcej, czego nie powiedziano by w "Sprawie Kramerów". Chyba jedynym wyjątkiem, potwierdzającym regułę, jest "Droga do Zatracenia" z Tomem Hanksem.

    OdpowiedzUsuń
  11. Powiem tak, pewne tematy nie są banalne (ze względu na swą wagę), ale bywają bardzo banalnie opowiedziane. Sam Mendes nalezy oczywiście do wyjątków. A "Drogę do zatracenia" musiałabym sobie powtórzyć, bo jest to jedyny jego film, którego nie pamiętam. :(

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.