wtorek, 18 października 2011

Mała matura 1947 (2010)

reżyseria: Janusz Majewski
scenariusz: Janusz Majewski
produkcja: Polska
gatunek: dramat

Rzadko oglądam polskie filmy. Może niepotrzebnie wrzucam do jednego worka produkcje nastawione na szybki zysk, szczycące się znanymi (wciąż tymi samymi) nazwiskami, tematycznie wciąż mocno wtórne. Może tracę wiele i jeszcze więcej przegapiam przez tę ignorancję. A może po prostu każda kolejna próba, każdy krok naprzód, w stronę polskiego kina, pociąga za sobą trzy do tyłu? I choć gdy już zawracam oglądam się za siebie z nadzieją, bo przecież jednak coś, bo nawet, bo w końcu, ale wciąż jeszcze nie to, nie tak, nie tędy, niewielu dotychczas udało się mnie zatrzymać. Majewskiemu również się nie powiodło.

Ludwik Taschke (Adam Wróblewski) wraz z rodziną zmuszony jest wyjechać z ukochanego Lwowa do powojennego Krakowa i tu rozpocząć nowe życie. Dla Ludwika to nowe życie ma podwójny wymiar: przeżywa właśnie burzliwy okres dojrzewania, podczas którego miłosne i erotyczne zawirowania mieszają się z poszukiwaniem ideałów i działaniami na tle społeczno-politycznym. Te ostatnie trafiają zresztą na podatny grunt. Do władzy dochodzą komuniści, rozpoczynają się tajemnicze aresztowania, strzelaniny w środku miasta, absurdalne rozprawy sądowe, strajki i pochody. Ale Ludwik wcale nie ma zamiaru być drugim Baryką. Bo Ludwik jeszcze nie wie, czego chce i przez 108 minut filmu się nie dowie. I ma Ludwik prawo nie wiedzieć. Gdyż Ludwik dojrzewa.

Żadne dojrzewanie nie jest podobne do drugiego. Możemy mówić o młodzieńczych buntach, zamykaniu się w sobie, pierwszych miłościach, erotycznych fantazjach, pociągu do rozrywek i używek. Ale to wszystko nic. Dojrzewamy tak, jak dojrzewać możemy, jak dojrzewać pozwala nam otaczająca nas rzeczywistość. Ta społeczna, polityczna, gospodarcza, kulturowa, religijna. Pamiętam, że od dziecka powtarzano nam (mojemu pokoleniu), że jesteśmy tacy szczęśliwi, że możemy dorastać w normalnych czasach. Normalnych znaczy nie naznaczonych a) wojną, b) międzywojniem, c) kolejną wojną, d) komunizmem, e) PRL-em, wraz z wszystkimi jego absurdami życia codziennego,  f) kryzysem nad kryzysy itd. I myśmy tak dorastali, w takim poczuciu, że musimy być szczęśliwi, że nas ten cały koszmar, a później groteska ominęła. To nic, że trochę po kryjomu zazdrościliśmy dzieciom wojny, że mogli być bohaterami, a młodzieży PRL-owskiej, że nie tylko słyszeli i widzieli, ale żyli w centrum tego polskiego surrealizmu (jakkolwiek by się z tym źle nie czuli) - my mieliśmy mieć lepiej. Czy mamy? Każde pokolenie ma własny czas - tak to leciało? Cóż więc, że mamy Kombi zamiast Mieczysława Fogga, że mamy idiotyczne teleturnieje zamiast Dziennika Telewizyjnego, że nie musimy kupować na kartki, tylko polujemy na groupony, że nie stoimy w niebotycznych kolejkach, bo albo zalogujemy się w sklepie internetowym, albo w ostateczności wynajmiemy zawodowego stacza. I my też mamy swój świat, swoje fantazje, swoje cele, swoje rozrywki i używki - nieważne jakie. Dojrzewamy tak samo, ale zupełnie inaczej. Temat się nie zmienia, zmienia się kontekst. I nie patrzmy nań wąsko, nie czujmy się gorsi, bo nasz kontekst nie ocieka krwią czy absurdem. Albo nawet ocieka, ale krew, absurd, cokolwiek definiujemy inaczej. Dojrzewamy tak samo, czasem szybko, czasem (zbyt) długo i jednocześnie dojrzewamy inaczej, bo żyjemy inaczej. 

Taschke więc - bo się tu zrobił niechcący manifest pokoleniowy. Taschke więc jeszcze nie do końca wie, kim jest. Szuka inspiracji w kolegach ze szkolnej ławki, m.in. pokazującym mu miasto Romku Szramie (Antoni Królikowski);  w nauczycielach, w "pięknej pani", której udziela korepetycji z niemieckiego, wreszcie w starszych licealistach, o których dużo się mówi, którzy wiele dla kraju potajemnie robią, którzy dotkliwie za to zapłacą i którzy są jednak dla szkoły chlubą. Raz więc znajduje się, jak to się mówi, w niewłaściwym miejscu i o niewłaściwej porze, zaraz na apelu wraz z kolegami porównuje, która koleżanka ma większe piersi, za chwilę ogląda z okien mieszkania strzelaninę, by tuż potem niemo bronić się przed atakiem erotycznej kokieterii Mecenasowej (Sonia Bohosiewicz). Tak to sobie Ludwik Taschke dojrzewa. Tak też my oglądamy Ludwika Taschke dojrzewanie, z którego nic nie wynika, bo - dziś to rozumiem - wyniknąć nic nie musi.

Gdy obejrzałam Małą maturę 1947 kilka dni temu, nie byłam nią zbyt przejęta. W ogóle niewiele we mnie z filmu pozostało. Ot, Majewski zaprosił mnie na chwilę do powojennego liceum, żeby pokazać, jak odbywały się wtedy lekcje, jakimi niewybrednymi żartami sypała jak z rękawa młodzież (zakładanie kosza na śmieci na głowę nauczyciela siada przy wypisywaniu karteczek z brzydkimi sentencjami łacińskimi i wkładaniu ich do zeszytu kujona), jak żył sobie mój kolega 60 lat temu. Pokazać i nic nie przekazać, zdaje się. Bo historia Ludwika Taschke jest typowa, tak jak typowy jest kontekst historyczny filmu. Wszystko to już było. Warto o tym mówić, warto przypominać, ale to już było: w temacie, w formie, we wszystkim. W plejadzie znanych nazwisk (Żmijewski, Pszoniak, Bohosiewicz, Opania, Zborowski, Łukaszewicz, Segda i , o zgrozo, brak Szyca-który-gra-we-wszystkich-polskich-filmach) również. I może nie zostałoby we mnie po tygodniu już zupełnie nic, gdyby nie to dojrzewanie i gdyby nie Kraków. Mój ukochany Kraków, do którego tak mi tęskno i którego nie mogę się doczekać. Przyjemny więc to był film, choć nie sięga wyżyn na żadnym poziomie.

Czy polecam? Mimo wszystko, niespecjalnie.

4 komentarze:

  1. natchnęłaś mnie tą przemową o dojrzewaniu, a że domyślam się, że jesteśmy w podobnym wieku wyczuwam tam wiele prawdy... ja zawsze zazdrościłam mojemu ojcu czasu, w którym dorastał, szczególnie jego opowieściom o tym, że kiedyś bilety do kin były tak tanie (a pieniądze były bo na półkach nic nie było) że zdarzało się iż bywał w kinie kilka razy dziennie... cudowna perspektywa

    PS. ja wręcz przeciwnie, uwielbiam polskie kino, jedyny problem z nim polega na opracowaniu dobrego systemu oddzielania chwastów od plewów,ja skupiam się głównie na starym polskim kinie ;))

    OdpowiedzUsuń
  2. Pal licho film i to czy warto czy nie warto, ale Twoja recenzja to dopiero rozrywka. Coraz bardziej mi się podoba Twój styl pisania :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Film faktycznie zupełnie przeciętny. Ale co do jakości polskiego kina, to bym się mógł już spierać. Polecam takie pozycje ostatnich lat jak chociażby: Afonia i pszczoły, Sala samobójców, Zero, Różyczka, Handlarz cudów, Południe północ, czy też, ale to tylko dla niektórych – Jeż Jerzy.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ajar, nie jesteś tu jedynym, który próbuje mnie przekonać do polskiego kina:) Będę wdzięczna za wszelkie propozycje, bo dzięki temu trafię tylko na te dobre i nie będę musiała się przedzierać przez gąszcz miernot:) Różyczkę widziałam, gdzieś już wspominałam, że ogromnie mi się podobała. Resztę postaram się nadrobić:) A poza tym witam w moich skromnych progach:)

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.