poniedziałek, 3 października 2011

Rain Man (1988)

reżyseria: Barry Levinson
scenariusz: Ronald Bass, Barry Morrow
produkcja: USA
gatunek: dramat

I znów myślałam: zbyt daleko, zbyt klasycznie, po co właściwie? Ale gdy już tak chodzę z Rain Manem drugi czy trzeci nawet tydzień, a myśli wcale nie ulatują, czy można nie? Krótko więc choćby.

Charlie (Tom Cruise) podczas zwykłego, zabieganego dnia pracy, dowiaduje się, że zmarł jego ojciec. Niezbyt go ta wiadomość rusza - z ojcem nie utrzymywał kontaktów od dawna - miał do niego urazę, której zresztą nie krył, i wolał żyć sobie z nią spokojnie, zamiast naprawiać rodzinne relacje. Pamiętając jednak, że ojciec do biednych nie należał, rychło wyruszył do rodzinnego miasta na odczytanie testamentu, będąc pewnym, że to jemu przypadło odziedziczyć "zaledwie" 3-mln majątek ojca. Nic bardziej mylnego. Na miejscu Charlie dowiaduje się, że nie tylko dostał "ochłapy" (zegarek i starego buicka), ale w dodatku śmierć ojca przyniosła mu inny spadek: brata. O którego istnieniu, dodać warto, nie miał fioletowego pojęcia. Chory na autyzm Raymond  (Dustin Hoffman) przebywa w specjalnym ośrodku i nie ma szans zrozumieć, jakie "szczęście" materialne go spotkało. Charlie za to owszem - wykrada więc brata z zakładu i postanawia, jeszcze nie wie, w jaki sposób, ale postanawia należące się jemu pieniądze odzyskać. Podróż w towarzystwie brata zmienia jednak Charlie'go o 180 stopni. 

Pieniądze szczęścia nie dają? A może jednak. Na przykład w zestawie z bratem, który jest tak samo niesamowity, jak niedomagający. Tak się składa, że miałam kiedyś styczność z osobą autystyczną. To był wprawdzie 8- czy 9-letni chłopiec, ale mechanizmy choroby były takie same. Milion pomysłów na minutę, zupełna nieracjonalność i nielogiczność myślenia, nierozumienie podstaw istnienia, ale przy tym rozkładające na łopatki okazywanie emocji: do bólu proste i szczere. To ogromny trud być blisko takiej osoby, ale jest też ona wielkim skarbem.

Dustin Hoffman w roli Raymonda jest niesamowicie wzruszający i prawdziwy. Taki nieporadny, taki kochany, taki rozczulający, a przy tym wszystkim mający w sobie jakąś niespotykaną mądrość i szczerość w emocjach. Hoffman, zawsze skrupulatnie przygotowujący się do roli, wielokrotnie spotykał się z osobami autystycznymi, obserwował, uczył się ich - stąd naturalność tej gry. Nie do pobicia i nie do podrobienia.  Scen pocałunku w windzie i zamawiania naleśników (już na samym końcu), koniecznie z syropem klonowym, nie sposób nie pokochać.

Tom Cruise. Cóż, przyznam się - nie znoszę typa. Mam do niego uprzedzenie i nie ukrywam tego. Wygląda mi, prywatnie całkiem, na bubka i jeszcze ta jego scjentologia - szaleństwo jakieś. I z takim oto nastawieniem przysiadłam go oglądać. Scenarzyści wcale mi zadania nie ułatwili - Charlie, którego Cruise gra, jest samolubnym dupkiem i przez mniej więcej połowę filmu nie sposób go polubić. Scena, która odczarowuje Charlie'go (a więc i poniekąd Cruise'a), to rozmowa lekarza z Raymondem, mająca na celu wybadanie, co brat z nim robi i czy Raymond chce wrócić do zakładu. Gdy Charlie, jak na choleryka przystało,  wzburzony przerywa lawinę pytań słowami: "Nie musisz go upokarzać", ma już nas wszystkich w garści. Bo okazało się, że ma nie tylko brata, ale też jaja. Naprawdę ładna więc ostatecznie jest ta jego gra.


O kultowej chyba już muzyce Zimmera nie trzeba wiele mówić. Znałam ją, nie oglądając nawet Rain Mana - tak oryginalne kompozycje zaczynają żyją już później własnym życiem. Miło tak połechtać uszy, miło.


Czy polecam? Tak jak i Sprawę Kramerów - obowiązkowo.



9 komentarzy:

  1. kolejny film z cyklu musisz obejrzeć, ale jakoś zawsze nie wychodzi
    ps. ładny tekst ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. mam taka prośbę techniczna, nie zechciałabyś może usunąć te blokadę chroniącą przed nie- ludźmi? wpisywanie ciągu literek jest męczące ;))
    z pozdrowieniami

    OdpowiedzUsuń
  3. Aniu, ojej, nie miałam pojęcia o tej blokadzie:| Ja, jako autor, nic nie muszę wpisywać... A teraz pytanie za 100 punktów: jak i gdzie to zrobić?:>

    OdpowiedzUsuń
  4. z tego co pamiętam zmieniałam to w ustawieniach w opcji komentarzy ;)) ja też nie wiedziałam na początku ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Done:) Dzięki za uwagę, mnie też to denerwuje, gdy muszę u kogoś wpisywać; nie wiedziałam, że sama mam włączoną tę opcję:)

    OdpowiedzUsuń
  6. Zgadzam się z Tobą, film jest świetny i wart polecenia. Ale znowu nie zgodzę sie z Tobą co do aktora, tym razem Cruise'a. Nie jego wina, albo jego, po częsci (bo sobie zrobił zęby), że ma taki zniewalający uśmiech.. :) to że jest scientologiem, mało mnie obchodzi (nikomu tym nie robi krzywdy) tak jak to, że Malkovich popierał w wojnę w Iraku, w końcu aktora się kocha za role. Chociaż... Malkovich mnie trochę wkurzył, w końcu wojna to wojna, ale być może to jakiś wymysł, albo przekręt, dziennikarzy (pocieszam się). Ale, Cruise, jeśli tylko ma coś dobrego do zagrania wywiązuje się z zadania znakomicie. Dowody: wspomniany przez ciebie Rain Man, "Urodziny 4 lipca", "magnolia", "ZakładniK', "Jaja w tropikach", "Wywiad z wampirem". Zawsze go będę bronić, nie ma może takiej charyzmy, jak brzydzi aktorzy, jak choćby partnerujący mu w "Rain Man" Dustin Hoffman, ale na pewno jest dobrym fachowcem w swojej profesji.
    A film, rzeczywiście, cudowny, lubię takie typu życiowe, "braterskie" historie (jak chocby polska "Brzezina"). :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Babko, ale zobacz, wymieniłaś świetne filmy (zgadzam się z Tobą, że Cruise pokazał się w nich z jak najlepszej strony), ale jednak to wszystko jest już hen, daleko (może oprócz "Jaj..."). A co z jego nowymi rolami? Naprawdę entuzjazm nie ma prawa opaść po "Walkirii" czy nędznej "Wybuchowej parze"? Jakkolwiek, jednak trochę mi głupio, bo gdy Cię czytałam, przypomniał mi się "Ostatni samuraj", w którym Cruise zagrał genialnie. Hm. Muszę to jednak przemyśleć;) Aczkolwiek te jego zęby są naprawdę irytująco równe i białe, zbyt równe i zbyt białe:)

    OdpowiedzUsuń
  8. Masz rację, czasem zdarza mu się wystąpić w jakims badziewiu, ja bym dołączyła jeszcze, oprócz twoich dwóch tytułów "Wojnę światów", tak jak każdemu innemu, jeszcze bardziej uznanemu od niego, aktorowi (De Niro na przykład a nawet Pacino), ale wtedy, czy to on jest marny, czy raczej sam film, trzeba sie zastanowić nad odpowiedzią na takie pytanie.
    Co do zębów, są piękne, całe szczęście, że ma je od młodości, gorzej, gdy podobnymi (białymi jak śnieg i równymi jak autostrada, szczycą się 80latki, to dopiero jest zabawne, estetyczne owszem, ale nieco zabawne, jednak. :)

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.