wtorek, 1 listopada 2011

Essential Killing (2010)

reżyseria: Jerzy Skolimowski
scenariusz: Jerzy Skolimowski, Ewa Piaskowska
produkcja: Polska, Norwegia, Irlandia, Węgry
gatunek: dramat wojenny

Tak się zarzekałam, że polskie kino to nie dla mnie, a tu już trzeci rodzimy film pod rząd. Walczę znaczy. Dziś na przykład z filmem Skolimowskiego, którego długo mi się nie chciało i po słyszanych od znajomych recenzjach tylko się pogorszyło. Strasznie bowiem, moi drodzy, nie lubię stawać przed wyzwaniami pt. "Ten film jest arcydziełem". Bo ja jestem wbrew pozorom bardzo płytka i arcydzieł często nie rozumiem. Albo, jak to skomentował jeden z użytkowników Filmwebu, nie jestem z tych, co to potrafią analizować i interpretować, tylko wolą szybką akcję i jatkę. Pewnie to zbyt dalece posunięte insynuacje, aczkolwiek rzeczywiście coś z ignorancji w tych moich filmowych aktach z arcydziełami jest. Bo gdy na samą myśl, że to Takie Dzieło, wysuwają się ze mnie kolce, nie może być dobrze, prawda?

Mohammed (Vincent Gallo) pochodzi z Afganistanu (czy tam wszyscy mężczyźni noszą jedno i to samo imię?) i w jakiś sposób naraził się Amerykanom. Nie wiadomo, czy - jak prawi bł. Filmweb - jest bojownikiem organizacji terrorystycznej, czy nie, w każdym razie spotkanie z amerykańskimi żołnierzami nie wróży niczego dobrego. I rzeczywiście. Mohammed zostaje przetransportowany do jednego z tajnych więzień Amerykanów w Europie Środkowej. Wskutek (nie)szczęśliwego wypadku udaje mu się z konwoju więziennego zbiec i tak zaczyna się ucieczka przez zaśnieżone tereny - no właśnie - Polski? Tak by się zdawało. Choć zdjęcia kręcone były w Polsce i Norwegii, to nieliczne dialogi prowadzone w naszym języku, wskazywałyby raczej na tę pierwszą opcję, choć zaśnieżonych, lesistych krajobrazów nie powstydziłaby się nawet Syberia. Ucieka więc Mohammed i ucieka, walcząc o przetrwanie i odkrywając w sobie zwierzęce niemal instynkty. 

Zarówno podczas seansu, jak i podczas "noszenia się" z tym opisem, miałam w pamięci recenzję Essential Killing autorstwa Babki filmowej. I tak sobie myślałam: no tak, ma rację: niedocenione postaci kobiet, nietypowo typowy obraz agresji, ciężar wrzucony na barki obserwatora, który na koniec to co, że się go pozbywa, skoro pozostaje pustka i smutek, poetycki obraz, surowość będąca zdecydowanym atutem filmu, niewypowiadający ani słowa główny bohater, który świetnie wpisuje się w tę lodowatą brutalność. Wszystko to prawda. Tylko co w związku z tym? To nie jest film o wojnie. To jest film o łapczywym sięganiu po swoje życie, z którym komuś przyszło do głowy zadzierać, to obłudne i milczące (ale jakże wymownie!) żądanie, by prawo doń respektować, a jak nie, to po tobie. Bo co moje to moje, a twoje nie ma znaczenia. To skowyt zastraszonego zwierzęcia, które instynktownie kąsa, by osłabić przeciwnika - nawet jeśli nie chciał on wyrządzać krzywdy. To szukanie odruchu dobra w sieci zła. To, wreszcie, stąpanie ostatkiem sił, po śladach własnej bezsilności, by podnieść ręce do góry i nie zdążyć nawet skapitulować jak człowiek. Bo człowieka zabrakło tam, gdzie tak bardzo chciało się nim być. Bo tak działa wojna właśnie. Nawet jeśli jest gdzieś daleko hen. Na mnie to, zwyczajnie, nie działa. Nie że banał, nie że kicz. Przejmujące, uderzające w sedno, ale nie uruchamiające we mnie ani jednej emocjonalnej struny.

Czy polecam? Mimo fantastycznych opinii krytyków i nagród dla filmu, mimo arcydzielności, mimo w ogóle wszystkiego - zwykle i płytko: nie.


10 komentarzy:

  1. w tym opisie nie jesteś osamotniona, mnie też ten film nie przypadł do gustu miało być metaforycznie, ale generalnie czegoś zabrakło; co do wspomnianej recenzji Babki, ja się z nią prawie całkowicie nie zgadzam co zresztą jej zaznaczyłam;

    ale wiesz z tymi wszystkimi "arcydziełami" jest tak że mają tyle samo popleczników co przeciwników ;)

    i generalnie nie powinnaś mieć wyrzutów sumienia że "wypuszczasz kolce na myśl o arcydziele", większość z nich arcydziełami nie jest, a nawet jeśli było kiedyś dla widowni dziś jest przestarzałe i pozbawione części wiarygodnych elementów, które świadczyły by o jego wielkości; więc jak mówi klasyk "don't worry be happy" ;))

    ale polskie kino oglądaj dalej ;p

    OdpowiedzUsuń
  2. Aniu, uff, pocieszyłaś mnie:) Masz dużo racji. Mnie osobiście bardzo brakuje w tym całym "arcydzieleniu" obrazów prostego przekazu: czym właściwie jest arcydzieło według autorów tych recenzji, jakie są wyznaczniki tej arcydzielności. Bo możemy się, zwyczajnie, nie rozumieć - i tu tkwi problem.

    OdpowiedzUsuń
  3. wyznaczniki arcydzieł, hmm wystarczy wziąć pierwsze lepsze opracowanie i w dziale arcydzieło pojawi się zaraz Obywatel Kane i tysiąc stron analizy, przeczytasz parę razy i zobaczysz ;)

    ja generalnie oglądałam ten film przed przeczytaniem i po przeczytaniu i nadal nic nie widzę, więc wysnułam wniosek że każdy z nas odczuwa "arcydzieło" inaczej i każdy z nas ma swoją liste takich dzieł i nie należy być smutnym że nie pokrywa się z czyjąś listą ;))

    OdpowiedzUsuń
  4. Miałam na myśli właśnie to, o czym piszesz w drugiej części. Są, owszem, ogólne opracowania i interpretacja klasyków, ale wielu krytyków (szczególnie tych podrzędnych) rzuca na prawo i lewo tym arcydziełem. Bo tak jest prościej. Czegoś się tam nie zrozumiało, coś jest poetyckie, trudne, to bach, arcydzieło - i nie trzeba się z tego tłumaczyć.

    Ja tam nie mam depresji z tego powodu, że moim arcydziełem jest obraz, który nie powalił krytyków na kolana i że wiele ich arcydzieł dla mnie jest porażką:) To jest fajne. W każdego trafia co innego. Nie ma złej interpretacji.

    OdpowiedzUsuń
  5. No właśnie, co sprawia, że film zostaje nazwany "arcydziełem". Czy tylko filmy z głębią można tak nazwać, a filmów rozrywkowych już nie? Mnie także "Essential Killing" mocno rozczarowało, bo zarówno wątki przygodowe jak i te metaforyczne mnie nie przekonały.

    OdpowiedzUsuń
  6. Klapserko, jak już wiadomo, nasze opinie różnią się, nie będę cię przekonywać do filmu, ktorego nie uważam za arcydzieło, ale uważam, że jest filmem ważnym i to wbrew temu co piszesz - jak najbardziej antywojennym. Szkoda, że jesteś kolejną osobą, która nie doceniła roli kobiet, które są jedynymi nieagresywnymi osobami, jakie Mohamed (imię takie a nie inne ze względu na typowość i łatwość zapamiętania dla zachodniego widza) spotyka na swej drodze.
    Ja wam powiem, że mnie wiele nie obchodzi jaką etykietę przyklei krytyka filmowa danemu filmowi, zawsze i przede wszytkim opieram swe zdanie o filmie na swoich wrażeniach, dopiero potem, ewentualnie konfrontuję je z opiniami tzw. znawców. Dla mnie najważniejsze jest czy dany film czuję, czy rozumiem, po co reżyser go zrobił, czy wywołał we mnie jakieś emocje. I nieważne, czy EK ktoś sobie nazwał arcydziełem, to jest naprawdę bardzo subiektywne odczucie, jeśli film nie jest jakimś dziełem przełomowym w sensie formalnym. Ważne, że oglądając ten film, było mi żal, że świat jest taki strasznie męski, że kobiety są tak niezauważane i niedoceniane (także przez kobiety), zdominowane przez mężczyzn, że ludzie tłuką się nawzajem bez opamiętania, i nie wiadomo właściwie w jakiej intencji, tak jak to zostało pokazane w EK. Że nakręca się tę spiralę wojny (mohamed też znalazł się w swoistej spirali bez wyjścia), dopóty dopóki stracimy orientację o co właściwie chodzi, pytając się sami siebie, kiedy to sie właśćiwie skończy i kto to zaczął (patrz choćby Afganistan. Ktoś powie, że to daleko, w dzisiejszym świecie nic jest już daleko)? Itd, itd. - wiem, że was nie przekonam, jestem ciekawa, czy znajdę kiedyś kogoś kto podzieli moje poglądy, wątpię. Ten film uważa się powszechnie za taki, który nic nowego nie powiedział o wojnie, tak jakby wszystkie pozostałe mówiły coś nowego. :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Ale Babko, czemu nie doceniłam? O kobietach nie pisałam w ogóle, bo Ty już zwróciłaś na to uwagę i nie wydaje mi się, żebym mogła dodać coś więcej na ten temat. Fakt jednak, że oglądając film nie zwróciłam na to tak mocno uwagi jak Ty i że dopiero Twoja recenzja w tę stronę mnie zwróciła. Natomiast nadal nie jest to tak silne, żebym się przejęła. Druga sprawa: może nie napisałam, że film jest antywojenny, ale że jest wojenny też nie:) Gdzieś chyba, jak teraz czytam, trochę niesprawnie posłużyłam się skrótem myślowym - pisząc o bohaterze, miałam na myśli jego osobistą walkę, wojnę, ale nie tę polityczną, że daleko hen tzn. nie nazwana po imieniu i nie wyrzucona na pierwszy plan, tylko gdzieś w nawiasie, bardzo jednak istotnym. Strasznie nieudolnie i niepotrzebnie może się tłumaczę, ale chyba nie zostałam dobrze zrozumiana. Natomiast cieszę się bardzo, że jednak możemy skonfrontować nasze wrażenia, robimy to i... mamy je. Bo według mnie kiepski film to taki, który nie wywołuje żadnych emocji, pozostawia nas obojętnym. Jeśli zaś wzbudza je, powoduje, że chce się mówić (jakkolwiek), to znaczy, że coś ruszyło. To dobrze:)

    OdpowiedzUsuń
  8. babka gdyńskie jury podzieliło twoje odczucia, przyznając EK główną nagrodę, pamiętam bo byłam mocno rozczarowana tym werdyktem ;)

    OdpowiedzUsuń
  9. @ Anna S. - nie znam jeszcze filmów, ktore poległy z "Essentail Killing" na festiwalu w Gdyni, może też byłabym rozczarowana werdyktem Jury, nie wiem. :) Ale też mi było trochę żal, twórców tworzących ściśle w kraju.
    @ Klapserka - tak jak mówisz, miarą filmu jest także to, czy się o nim dyskutuje, a na to EK nie może narzekać. Być może nie zrozumiałam do końca twej intencji, ale ubodły mnie :)szczególnie ostatnie słowa twej recenzji : "To, wreszcie, stąpanie ostatkiem sił, po śladach własnej bezsilności, by podnieść ręce do góry i nie zdążyć nawet skapitulować jak człowiek. Bo człowieka zabrakło tam, gdzie tak bardzo chciało się nim być. ". Mohammed, jak najbardziej spotkał na swej drodze prawdziwego człowieka i dziękie temu człowiekowi umarł jak najbardziej godnie, a tym człowiekiem była ta bezimienna kobieta z lasu. :) Ty co prawda wspominasz, że ja to zauważam, rolę kobiet, że Skolimowski daje sygnał o wadze żeńskiego pierwiastka w równowadze świata, ale nie wynika, żebyś ten pogląd podzielała. :)Oczywiście, nie mam do ciebie o to pretensji, rozumiem, że film nie wywołał w Tobie emocji, nie dostarczył ci żadnych dodatkowych wrażeń, nie pobudził do szerszych refleksji, po prostu nie spełnił pokładanych w nim nadziei, zawiodłaś się, nie tego oczekiwałaś, a to bardzo boli. Znam to uczucie, ja tak miałam ostatnio z "Erratum" - wszyscy go wkoło chwalą, a ja strasznie psioczyłam. :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Nie cierpię "Obywatela Kane'a" i przykładów arcydzieł, których nie lubię jest całkiem sporo. Fakt, że ja też od razu wystawiam kolce na samo to słowo, ale to w sumie dosyć normalna reakcja. Łatka "arcydzieło" zobowiązuje i to film musi być naprawdę bardzo dobry, żeby temu podołać. Kiedyś zrobię taką listę arcydzieł, które mnie nie zachwyciły.

    Co do "Essential Killing" to w sumie dałem mu dosyć wysoką ocenę, bo 7/10, ale żeby mnie porwał czy coś, to na pewno nie. Chyba podnieciłem się śniegiem w nim (;

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.