niedziela, 6 listopada 2011

Podwójne życie (The Beaver, 2011)

reżyseria: Jodie Foster
scenariusz: Kyle Killen
produkcja: USA
gatunek: dramat

Najpierw mnie odrzuciło - no bo sorry, Mel Gibson i bóbr-pacynka? Potem koleżanka bardzo film ociepliła - że ładny, że interesujący, że coś tam. No to się skusiłam. Tylko po to, żeby się przekonać, że pierwsze wrażenie bywa jednak słuszne.

Walter (Mel Gibson) cierpi na głęboką depresję. Ma dobrą pracę, choć ostatnio jego firma niezbyt dobrze prosperuje. Ma mądrą, wspierającą żonę, której jednak nerwy nie są na tyle mocne, żeby wytrzymać stan męża. Ma dwóch fajnych synów, z których jeden jest zbyt mały, żeby zrozumieć, co się dzieje, a drugi zbyt duży, żeby się tym nie przejąć - toteż zamyka się w sobie i robi wszystko, by nie być podobnym do ojca. Walter więc nie bardzo sobie z tym wszystkim radzi, próbuje więc rzecz zakończyć. Z opresji ratuje go bóbr, a raczej alter ego Waltera, który odtąd ma stać się jego wizualnym, drugim wcieleniem. Bóbr towarzyszy mu więc w pracy (firma dzięki "nowemu" Walterowi pnie się), w domu, do którego żona - uradowana zmianą męża - pozwala mu wrócić, nawet w łóżku i restauracji. Nieprzejednany i nieprzekonany jest tylko starszy syn, który szuka siebie w przypadkowej konfrontacji ze szkolną cheerleaderką, również zresztą z problemami. Próba odzyskania zdrowia psychicznego przez Waltera kończy się jednak drastycznym uświadomieniem sobie (?), że jego alter ego niekoniecznie jest nastawione na ten sam cel i w efekcie Walter włączył mechanizm autodestrukcji.

Gdzieś w 15. minucie filmu miałam już Mela Gibsona vel. Waltera serdecznie dosyć. Oczy otwierały mi się właściwie tylko wówczas, gdy on i pacynka znikali z ekranu. Szczególnie może, gdy pojawiał się Porter (Anton Yelchin) - gość z raczej banalną rolą zbuntowanego syna, który tak bardzo potrzebuje ojca i normalności, jak bardzo stara się od rodziny, a szczególnie taty-świra, odłączyć, i Norah - rewelacyjna w Do szpiku kości Jennifer Lawrence, która tu może nie osiągnęła swoich wyżyn, ale na pewno budziła podczas oglądania zmęczonego życiem i pomarszczonego ze stroskania Mela. Samo studium choroby psychicznej, na którą cierpi Walter, nie jest ani oryginalne (ileż to mieliśmy już bohaterów mających swoje drugie, złe wcielenie?), ani intrygujące (bo psycholów w historii kina mieliśmy dużo bardziej świrniętych i ciekawszych). Dużo ciekawsze wydaje się to, co dzieje się wokół Waltera: desperacko walcząca o małżeństwo Meredith (w tej roli reżyserująca film Jodie Foster, za którą nie przepadam i tu także nie przepadłam), próba wyplewienia z siebie odziedziczonych po ojcu cech w wykonaniu Portera i jego pomoc dla Norah w poradzeniu sobie z bólem po stracie bliskiej osoby (czego zresztą finał jest absolutnie nieudolnym frazesem). No niezbyt to wszystko, niezbyt.

Czy polecam? Nie. Szkoda czasu, serio.


3 komentarze:

  1. ja też miałam odrzucające myśli, Mel i pacynka? raczej nie obejrzę ;)

    ps. moja droga coś ostatnio szczęście ci nie dopisuje, same negatywne recenzje ;))

    OdpowiedzUsuń
  2. Serio? Jakoś nie zwróciłam uwagi:) Mam nadzieję, że to nie jesienna chandra tak na mnie wpływa:P

    OdpowiedzUsuń
  3. Po "Pasji" wszystko co zawiera w opisie "Mel gibson" - omijam szerokim łukiem. Nie cierpię faceta.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.