sobota, 21 stycznia 2012

Dziewczyna z tatuażem (The Girl with the Dragon Tattoo, 2011)

reżyseria: David Fincher
scenariusz: Steven Zaillian
produkcja: Niemcy, Szwecja, USA, Wielka Brytania
gatunek: kryminał

Zgrzeszyłam. I to dwukrotnie. Po pierwsze, nie przeczytałam Larssona przed pójściem do kina. Nie, że nie chciałam - trochę tak wyszło, trochę za późno się obudziłam i trochę ciężko o czas na czytanie lektur nie związanych z literaturoznawczą pracą magisterską i mocnym osadzeniu się w XIX wieku. Pozbawiłam się, w każdym razie, wspaniałej wycieczki do zimnej Skandynawii z wyobraźni równie zimnego Larssona i, tym samym, pobudzenia swojej własnej fantazji; tyle może dobrego, że to oszczędziło mi pewnych rozczarowań dotyczących wyglądu postaci i miejsc, które to projekcje są najlepsze wtedy, gdy własne. Po drugie, nie widziałam przed Fincherem szwedzkiej adaptacji "Millenium" - zubożyłam się więc o porównanie do bardzo dobrych ponoć produkcji i skazałam się na odnoszenie się po odpokutowaniu (czyli nadrobieniu lektury i filmów) zawsze do jednej tylko Fincherowskiej wersji; i to na wieki wieków amen. Czy będę tego żałowała, stwierdzę dopiero, gdy oczyszczę sumienie, dziś więc - z pozycji laika w temacie twórczości Larrsona - o tym, co namodził Fincher.

Mikael Blomkvist (Daniel Craig) jest dziennikarzem śledczym i właśnie przegrał proces o zniesławienie. Niefortunnie i niesłusznie, ale to dla opinii publicznej nie ma znaczenia - zdaje się być skończony. Ktoś jednak ma Mikaela i jego umiejętności na oku i chce wykorzystać w rozwikłaniu rodzinnej tajemnicy. Henrik Vanger (Christopher Plummer), bo o nim mowa, jako senior rodu nie cieszy się szczególną sympatią członków rodziny, ale nie przeszkadza mu to powierzyć Mikaelowi kłopotu w znalezieniu odpowiedzi na pytanie, co stało się z jego ukochaną 16-letnią wnuczką Harriet, która w latach 60. zaginęła i, najprawdopodobniej, została zamordowana. W odnalezieniu mordercy pomaga Mikaelowi Lisbeth Salander (Rooney Mara) - ekscentryczna hakerka w stylu punk, której przeszłość raczej nie upływała pod znakiem różowych sukienek i kochającej rodziny. Ulokowani w rodzinnej miejscowości Szwedów, otoczeni domami skłóconych członków rodziny Vanger, stawiają czoła zagadce i swym namiętnościom.

Powinnam tu rozpocząć serię porównań - najpierw do książki, później do szwedzkiej adaptacji. Ale, jak wiemy, jestem grzesznicą, w związku z tym następne słowa padną ze słowa zupełnego laika i widza, który najzwyczajniej w świecie poszedł na reklamowany długo i dużo film reżysera, którego - jak deklaruje w odpowiedniej zakładce - dość ceni. Mimo braku znajomości pierwowzoru miałam duże oczekiwania. Przede wszystkim wobec niezwykle intrygującej Rooney. I pomyśleć, że wtedy jeszcze nie wiedziałam, kim jest, ba!, że w ogóle jest, istnieje ktoś taki jak Lisbeth Salander - postać absolutnie unikatowa i hipnotyzująca, która podczas lektury musi poruszać najdrobniejsze zakamarki wyobraźni. Przed twórcami stało trudne zadanie: nie pójść na skróty, nie zniszczyć do szczętu wyobrażeń, nie zawieść zbyt mocno oczekiwań, nie tylko nie pozbawić, ale uwydatnić to, co jest w niej najbardziej osobliwe i co czyni ją tak bardzo inną, nietypową, oryginalną. Charakteryzatorzy odwalili tu kawał dobrej roboty, ale i Rooney pokazała, że wyzwanie podejmuje i ma zamiar wyjść z tego z klasą. Uwielbiam postaci skrajne, postaci, z którymi charakteryzacja ma szansę stworzyć coś niebanalnego (może dlatego tak cenię te kreacje Deppa, których stworzenie wymaga przeproszenia się ze sztuką), postaci przerysowane, ale nieszablonowe, niejednoznaczne, nie czarno-białe, których nie da się przypisać do jednej kategorii i zamknąć w pudełku pt. "zinterpretowane". Barwa głosu, wyraz twarzy, spojrzenie, jej styl bycia - wszystko właściwie pociąga do tego stopnia, że chce się jeszcze. I jeszcze będzie, jak dobrze.

O Danielu Craigu wiele powiedzieć nie można. Jest jednym z tych aktorów, którzy ani specjalnie nie przeszkadzają, ani też nie wprowadzają w zachwyt. Po prostu są, robią swoje i odchodzą; bez większych emocji. Dużo więcej dobrych słów należy się drugoplanowym aktorom - przede wszystkim Stellanowi Skarsgårdowi (Martin Vanger), którego znam i lubię od dawna, ale także Joely Richardson (Anita Vanger) i Robin Wright (Erika Berger). Bardzo przywoite aktorstwo.

Sama intryga nie jest, zdaje się, najwyższych lotów. Ale ja nie czytuję namiętnie kryminałów, jestem więc dobrym odbiorcą tego typu historii: tu czegoś nie zrozumiem, tu dam się złapać i wyprowadzić w pole, tam coś zauważę i mam trochę satysfakcji, że jednak nie jestem debilem, ot, zagadka. Dużo lepiej musi się to jednak czytać, bo ogrom detali, zdjęć, nazwisk i znaków w towarzystwie napisów do filmu jest nie do ogarnięcia. Całość podana jest jednak w tak atrakcyjny sposób, że to, co najważniejsze jest zrozumiałe, a o to chyba chodzi. Zabrakło może trochę zaangażowania w przedstawieniu relacji Lisbeth i Mikaela, która - z tego, co wyczytałam - w książce nabiera dość wyraźnych cech niezdrowej fascynacji. Pewnie Fincher chciał po prostu dobrze opowiedzieć historię i zaprosić widza do rozwiązania zagadki, a czas nie pozwolił na wchodzenie zbyt mocno w psychologię relacji i osobowości, a szkoda, bo warto. Brakuje w tym wszystkim skandynawskiego klimatu, chłodu Północy, dystansu, który odzwierciedlają nie bohaterowie, a sceneria. Ale to są już sprawy, które zaspokajają wyższe potrzeby obcowania z czymś dopracowanym do perfekcji pod każdym względem. To, co jest, w zupełności wystarcza, by przykuć i elektryzować.

I jeszcze muzyka. Intro - jak już zauważył mój blogowy kolega Quentinho - powala na kolana, robi niesamowitego smaka na film i od początku buduje napięcie. Ostre brzmienia są tak ciężkie jak atmosfera i aura całej opowieści. To bardzo dobre kompozycje, bardzo dobre wybory i bardzo dobry pomysł na nominację do Oscara, którą za dni trzy mam nadzieję ujrzeć.

Ponad dwie i pół godziny dobrej akcji, której mogłoby być zdecydowanie więcej, gdyby przeciętny odbiorca kasowej produkcji był w stanie wytrzymać bez sikania dłużej. A tak starcza akurat na zjedzenie dużego popcornu, wypicie litrowej coli i niezsikanie się. Perfekcyjne, rzec by można, wyczucie czasu.

Czy polecam? Bardzo.


11 komentarzy:

  1. A mnie się nie podobał, bardzo słaba intryga, już po 5 minutach wiadomo kto jest złym bohaterem. Sama postać Lisbeth też mi się nie podobała, dla mnie była nienaturalna, za bardzo przejaskrawiona i wręcz brzydka (szczególnie te wkurzające białe brwi). W sumie od połowy filmu się nudziłem, dobrze że miałem duży popcorn jak Pani Blogowiczka. Film za długi, niektóre sceny za szybko pokazane. W kinie nie polecam, warto poczekać na domową wersję i oglądnąć jeden jedyny raz na spokojnie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Najpierw przeczytałam książkę, ale też nie za szybko, bo dopiero w tym roku poprosiłam o nią na gwiazdkę. Potem poszłam na maraton, ale nie dotrwałam do wersji amerykańskiej i zostałam mile zaskoczona skandynawską. Ogląda się ją ciekawie, choćby dlatego, że nie na co dzień słyszy się w filmie język inny niż angielski i nie przeszkadza on w odbiorze. Ta wersja różni się bardzo od książki, co mnie drażniło |(bo byłam na świeżo po lekturze), ale z perspektywy czasu muszę powiedzieć, że była naprawdę dobra. Tylko aktorka grająca Lisbeth nie przypadła mi do gustu, rozminęła się z moimi wyobrażeniami. W środę idę na amerykańską wersję i mam nadzieję się nie rozczarować. :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Byłem w kinie, nie miałem jednak popcornu ani coli, bo i tak wydałem 19 złotych na bilet, co było zdecydowanie za drogo jak na film, który nie był mnie w stanie niczym zaskoczyć. No ale mimo że film nie zaskoczył mnie rozwojem intrygi to nie żałuję, że go obejrzałem, wcale się nie nudziłem, wydarzenia zostały z pomysłem rozplanowane przez scenarzystę, akcja została sprawnie poprowadzona przez reżysera, a szybki montaż sprawiał, że oglądało się bardzo dobrze. Podobała mi się zarówno wersja szwedzka jak i amerykańska, podobała mi się zarówno Noomi jak i Rooney w roli Lisbeth. Nieco mnie rozczarowały szwedzkie adaptacje części drugiej i trzeciej trylogii i dlatego chętnie bym zobaczył, czy Fincher i Zaillian potrafiliby to nakręcić lepiej. Mam więc nadzieję, że Fincher nie zakończył jeszcze pracy z książkami Larssona i mam nadzieję, że w kolejnych częściach także Robin Wright otrzyma większe pole do popisu, bo jest znacznie lepszą Eriką niż ta ze skandynawskiej wersji.

    OdpowiedzUsuń
  4. Mariusz, z tego, co czytałam, to Fincher pracuje jednocześnie nad całą trylogią, nawet zdjęcia chcieli kręcić jednocześnie, żeby nie latać co chwilę do Szwecji i nie uwiązywać aktorów na parę lat przy jednym projekcie. Ale na filmwebie przynajmniej w filmografii Mary, Craiga i Finchera nie ma na razie słowa o kolejnych częściach, więc druga część wyjdzie najwcześniej w 2015, zdaje się. A co do "skandynawskiej" Eriki, to jestem bardzo ciekawa, będę wkrótce nadrabiać te szwedzkie wersje, to będę mogła wreszcie wrócić do Twoich wpisów;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Mogłaby Mara dostać Oscara, bez Tildy Swinton jest najlepszą na to kandydatką z całym szacunkiem dla Meryl Streep.

    OdpowiedzUsuń
  6. Ciekawie też wygląda stracie tego filmu z Drzewem życia jeśli chodzi o zdjęcia. Bo jak tu porównać dwa tak różne światy ?...

    OdpowiedzUsuń
  7. Anonimowy, ja bym bardzo chciała, żeby Marę docenili, ale chyba jest za młoda jeszcze. No i ma silną konkurencję, która nie dość, że dobrym aktorstwem stoi, to już niejedną nominację w życiu dostała... Ale przed nami jeszcze dwie części Millenium, wszystko przed nią:) Co do zdjęć, masz rację. Powinny być dwie kategorie w temacie zdjęć, bo to są kompletnie inne zdjęcia, choć i tu, i tu piękne...

    OdpowiedzUsuń
  8. Świetny film. Bohaterka (Lisbeth) wydaje na początku trochę dziwna. Trzeba przeczytac wszystkie części książki, żeby naprawdę zaprzyjaźnić się z nią.Nowy typ kobiety, jakich mało jeszcze w literaturze i filmie.

    OdpowiedzUsuń
  9. bo Fincher nie robi złych filmów :) druga sprawa jest taka, że nie potrafię być w stosunku do niego obiektywna. Zdecydowanie najlepszy reżyser obecnie tworzący za oceanem. Zresztą pozostałych z Twojej listy w zakładce też bardzo cenię, oprócz Burtona, który według mnie jest słabiutkim rzemieślnikiem. Ale ma potężny fandom więc ma za co żyć i tworzyć, a to ważne :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Wyjście do kina na "Dziewczynę..." było równie bolesne co oglądanie "Nie kłam kochanie". Jest płytki i powierzchowny. Kilka razy naszła mnie myśl, żeby wyjść w trakcie, a to mi się naprawdę rzadko zdarza. Szwedzka wersja minimalnie lepsza, ale kto nie czytał powieści na prawdę wiele stracił.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bez przesady, serio. Cokolwiek się powie o scenariuszu (który, moim zdaniem, jest świetnie napisany), to o realizacji n ie powinno się złego słowa powiedzieć. Fincher jest precyzyjny jak mało kto - te kadry, te zdjęcia, ten montaż! Rewelacja. Szwedzka wersja jest zupełnie inna, nie ma co porównywać. A książka - wiadomo - jeszcze co innego, genialna.

      Usuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.