środa, 11 stycznia 2012

Erin Brockovich (2000)

reżyseria: Steven Soderbergh
scenariusz: Susannah Grant
produkcja: USA
gatunek: dramat

Dwunasty rok mija, odkąd Julia Roberts rzuciła jeden z największych czarów, jakie miała w swojej tajemniczej mocy. Czar, który nie tylko umożliwił jej nadać wyjątkowej, faktycznie chodzącej po naszym świecie Erin Brockovich, asystentce prawników i aktywistki społecznej, a całkiem prywatnie zdesperowanej matce trojga dzieci, wspaniałego temperamentu, ale i przyniósł zasłużonego Oscara. Wciąż, tym samym, główkuję nad pytaniem, co ta kobieta w sobie ma, że uwodzi i zjednuje fanów dla niemal każdego filmu, w którym występuje? Nie wiem, ale niech robi to nadal, bo wychodzi jej to świetnie.

Erin Brockovich ma w życiu pecha: dwa razy wybrała niewłaściwego faceta, rozwody pozbawiły ją męskiego wsparcia i udziału w wychowywaniu trójki dzieci, nie ma wykształcenia, a jej wybuchowy temperament i ekstrawagancki styl ubierania nie pomaga jej w utrzymaniu pracy i przyjaciół. Do tego właśnie jakiś idiota stuknął w jej auto, jadąc na czerwonym, zmuszając ją tym samym do założenia kołnierza i tracenia pieniędzy, których nie ma, na adwokata. Bez pracy, z rachunkiem za prawnika (który, notabene, nie popisał się) i wyjeżdżającą z miasta nianią, Erin podejmuje walkę o przetrwanie. Nie tracąc czasu na użalanie się nad sobą puka do drzwi Eda Masry'ego (Albert Finney) - prawnika, wiodącego spokojne, dostatnie życie, dbającego o to, by praca (a szczególnie dobór spraw) nie przysparzała mu większych kłopotów. Naturalnie, dla Erin w swojej kancelarii miejsca nie widzi. Główna zainteresowana - wręcz przeciwnie. Papierkowa robota może i jest nudna, ale wnikliwa i niezwykle zdolna Erin nie tylko nie jest znużona, ale i wśród akt odnajduje pewne nieścisłości, które szef, na odczep się, pozwala jej zbadać. Erin odkrywa jeden z największych skandali korporacyjnych w USA - pewien wielki koncern doprowadził do zanieczyszczenia wody w pobliskim miasteczku i, jakby tego było mało, próbował zamydlić oczy dziwnie często chorującym mieszkańcom, opłacając ich leczenie. Erin może nie jest wzorowym prawnikiem (nigdy zresztą nie chciała nim być), ale życzliwością i umiejętnością zjednuje sobie zaufanie mieszkańców, a ostrym językiem i pracowitością wyprowadza w pole przeciwników, którzy ani myślą o wypłacaniu odszkodowania. Wcale nie idzie gładko. W sąsiedztwie pojawił się fantastyczny facet George (Aaron Eckhart), dla którego Erin nie ma zbtyt dużo czasu i który ostatecznie wolałby zabawiać się z Erin, nie z jej dziećmi... Nikt nie obiecywał, że będzie łatwo, prawda?

Ten przydługawy opis to, wierzcie, tylko mały procent całej tej historii. Historii, która zdumiewa, oburza, przeraża i, to już w odniesieniu do samej osoby Erin, niejednokrotnie bawi. Może nie jest śmieszne to, w jakiej sytuacji życiowej się znalazła, ale sposób, w jaki się w niej odnajduje, jest ujmujący, kipi od dystansu i dobrego humoru - nawet jeśli wypływa on ze złości i frustracji. Powtórzę: Roberts owiała postać Erin Brockovich tajemniczą prostotą, przed którą truchleją najtwardsi i która zdobywa tych najbardziej zaciętych i najgłębiej swoją wrażliwość chowających. Tło nie liczy się prawie zupełnie. Finney i Eckhart grają ładnie, ale są daleko w tyle, praktycznie nie występuję w pojedynkę, mają rację bytu tylko w odniesieniu do Roberts i w jej towarzystwie. Swoimi krótkimi spódniczkami i głębokimi dekoltami rzuciła Julia w kąt idealne marynarki prawników, staromodne kostiumy niechętnych jej koleżanek z pracy, nawet szaloną w tym całym skrojonym na miarę świecie prawa skórę i furę pana niani. Wszystko i wszystkich zawojowała. I dobrze, że tak się stało.

To nie jest zbyt skomplikowany film. Nie trzyma w napięciu, nie serwuje nagłych zwrotów akcji, nie mówi, że jest kolorowo i że wszyscy wygrywają. Życie. Dla kogo nudne, tego szkoda.

Czy polecam? Bardzo.


3 komentarze:

  1. oglądałam to kiedyś na TVN, na początku byłam przekonana że to jakaś masakra z pod znaku "prawdziwe historie" dopiero po obejrzeniu okazało się jak fantastyczne jest to kino!

    Oscar moim zdaniem całkowicie zasłużony ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Jeśli Julia Roberts zasłużyła na Oscara to tylko za ten film, w żadnym innym filmie nie podobała mi się tak bardzo jak w roli Erin Brockovich. Sam film także bardzo udany, mimo że nie ma tu nagłych zwrotów akcji.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ojej, jak ja to dawno widziałam. Pamiętam Finney'a i tego faceta na motorze (teraz przeczytałam, że to Eckhart - wtedy jeszcze nie znany tak szeroko). No i sprawę, o którą walczyła Erin. Ma rację Mariusz, jeśli oskar dla Julii, to za tę role właśnie. I

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.