piątek, 6 stycznia 2012

Moneyball (2011)

reżyseria: Bennett Miller
scenariusz: Aaron Sorkin, Steven Zaillian
produkcja: USA
gatunek: dramat biograficzny

Film o baseballu, i to oparty na faktach, nie jest może najlepszym wyborem na babski wieczór. I też nie pretenduje do miana ulubionej produkcji piękniejszej części publiczności. Film o baseballu, który jest obok futbolu narodowym sportem Amerykanów, podany w przystępnej laikowi wersji, trafi w tego, który szuka dreszczyku emocji, ekscytacji, napięcia, euforii z wygranej, rozczarowania z porażki, a przy okazji jest w stanie z dystansem spojrzeć na liczbę zer na czeku, od której dostałby zawrotów głowy, tylko po to, by pozostać wiernym sobie. Bo inaczej nie zrozumie.

Billy Beane (Brad Pitt) jest menadżerem zespołu Oakland Athletics, który nie radzi sobie w sezonowych rozgrywkach najlepiej. Najsłabszą jednak stroną grupy nie są kiepscy zawodnicy, ale budżet - blokujący intratne transfery, jedyną nadzieję na awans, i taktyka - tradycyjna, oparta na wykazach sukcesów i porażek graczy, a więc ich wartości (także materialnej). Billy zaczyna powoli rozumieć, że kluczem do wygranej jest zmiana myślenia o baseballu. A jak myśleć się o baseballu powinno podpowiada mu młody, fajtłapowato wyglądający absolwent Yale - Pete (Jonah Hill). Okazuje się, że wystarczy trochę liczb, statystyk i programu komputerowego, sprawnie wskazujący graczy, którzy zarobią dla zespołu najwięcej punktów. Przepis na sukces? Zapewne. Problem tylko, że Billy w toku wdrażania nowego planu napotyka na opór - trenera, mediów i... budżetu, oczywiście. Czy parę obliczeń, geniusz w roli asystenta i determinacja menadżera wystarczą, by zmiażdżyć największych? Zobaczcie sami.

Coś jest w tym filmie, że ja, dziewczynka, oglądałam go z zainteresowaniem. Zgaduję, że chodzi o życie - że to obok, że to działo się naprawdę, że to nie bajka, że nawet jeśli zakończenie jest szczęśliwe, to okupione wieloma porażkami i stratami. W postaci zawodników choćby. Jako że jestem sportową ignorantką, nie rozumiem i nie czuję zasad, rządzących tym światem, zawsze mnie oburzały transfery tych biednych sportowców. Dziś grasz tu, twoi szefowie za twoimi plecami wymieniają się tobą, jutro więc zmieniasz barwy i zaczynasz robić swoje gdzie indziej, proste. A przecież gdzież to sprzedawać tak człowieka - dobra, za kasę, której na oczy nie widziałam i pewnie nie zobaczę - no ale sam fakt instrumentalnego traktowania tych biedaków (choć sami też mają z tego ładnych "parę" groszy...)... Tak, zdecydowanie jestem dziewczyną. Nic na to nie poradzę, że mi wszystkich zawsze szkoda.

Czy Moneyball jest odkryciem roku i zasługuje na wzięcie udziału w wyścigu po Oscary? Zabijcie mnie, ale nie wiem. Scenariusz jest adaptowany - wiadomo, najpierw było życie, potem ktoś napisał książkę, a później zrobili z tego scenariusz. Nie byle kto, zresztą się tego podjął: Sorkin w ubiegłym roku zgarnął statuetkę za napisanie The Social Network, a Zaillian to symbol takich klasyków jak Lista Schindlera, Hannibal, Tłumaczka czy Wszyscy ludzie króla (a przed nami jeszcze Dziewczyna z tatuażem). Skoro za robotę brali się fachowcy, nie mogło być źle. Mimo więc, że cała historia nie jest specjalnie upraszczana i gnieciona w głupiej godzinie czterdzieści, a trwa modne ostatnio dwie godziny z hakiem, nie dłuży się w ogóle. Jak na moje laickie oko z montażem też sobie nieźle poradzono. A obsada? Cóż. Jest Brad Pitt - wciąż dobry, wciąż na fali, ale jednak nie dość hipnotyzujący - nie robi tak wielkiego wrażenia jak choćby w niedawnym Drzewie życia czy Bękartach wojny, gdzie wzniósł się chyba na wyżyny swoich możliwości, kompletnie wykorzystując wizję Tarantino. Mimo to jest przekonujący - gra postać tragiczną, której własne trudne doświadczenia, rozczarowania i żale rzutują na postrzeganie sportu i pracy i, jak domyślamy się, na życie prywatne również. Jest zarozumiały, nie umie rozmawiać z zawodnikami, ale to wszystko nie dlatego, że jest wyrachowanym hunterem; jego zachowanie determinuje walka z własnymi słabościami. I to wszystko przekazuje bez zbędnej paplaniny. Jest też Philip Seymour Hoffman, który również ma dobrą passę - dwa hiciory jednego roku, których nie pomijają żadne prognozy wielkich nagród, to dobry wynik. W Moneyball gra milczącego, twardo stąpającego po ziemi trenera, którego opór przed rewolucyjnymi zmianami jest uzasadniony nie tylko przywiązaniem do baseballowego status quo, ale i zawodowymi doświadczeniami i strachem o jutro. Jonah Hill wreszcie miał szansę pokazać coś więcej niż wygłupy w durnych komedyjkach; to jednak, że jego gra pozostawia ciepłe, bardzo pozytywne wspomnienie to także zasługa bohatera - dobrego, mądrego, uczciwego, szczerego i rozbrajająco, ale tylko z pozoru nieporadnego. I to wszystko.  Tu chodzi tak samo o sport i jego filozofię, jak i ludzi, którzy je tworzą. Jedno bez drugiego nie istnieje.

Czy polecam? Tak. To wciągająca historia, a czy nie o to nam często chodzi, gdy sięgamy po coś, co na chwilę przeniesie nas w nie-nasz świat?


5 komentarzy:

  1. Przegadany. Wczoraj go obejrzałem i jakoś nie mam pojęcia co o nim sądzić.

    OdpowiedzUsuń
  2. Była koszykówka, amerykański football, tym razem baseball i ukazanie jego świata. Który w sposobie zarządzania klubem, ludźmi, pieniędzmi itd. nie różni się niczym od poprzednich dyscyplin. Jak dla mnie film zdecydowanie przeciętny, najlepszą postacią jest córka trenera. Jak dla mnie Pitt zawiódł, to samo Hoffman. Nawet nie zbliżyli się do swoich poziomów z takich filmach jak Bękarty czy Wątpliwość, co bardzo trafnie zauważyła Pani Klapserka. Sama historia słabo pokazana, tak jak wyżej przegadana, a dialogi też nie za ciekawe, wręcz nudne niekiedy. Co mnie zdziwiło jak zobaczyłem kto jest reżyserem. Jak dla mnie poza rodzajem sportu to nic nowego, a nawet uważam że niektóre pomysły ściągnięte z takich filmów jak Jerry Maguire. Warto zobaczyć przed Oskarami ale proszę nie nastawiać się na dobre widowisko, może wtedy będzie lepiej się oglądać.

    OdpowiedzUsuń
  3. zamierzam to obejrzeć z dwóch powodów- ubóstwiam filmy sportowe wszelkiej maści i przede wszystkim jestem "fanką" Pitt'a jakkolwiek by to strasznie nie zabrzmiało ;))

    OdpowiedzUsuń
  4. Mnie też się niezbyt podobał, ale Hill może być czarnym koniem i dostać Oscara, co ??

    OdpowiedzUsuń
  5. Hm, fajnie, że go zauważyli, bo do tej pory grał dość głupawe postaci komediowe, ale czy aż Oscarowo? Nie sądzę. Nie przyglądam się nigdy szczególnie męskim rolom drugoplanowym, nie wiem więc, komu zabrał miejsce, a i pozostałych kreacji nie widziałam. Zobaczymy:)

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.