poniedziałek, 13 lutego 2012

Artysta (The Artist, 2011)

reżyseria: Michel Hazanavicius
scenariusz: Michel Hazanavicius 
produkcja: Francja, Belgia
gatunek: melodramat

Kiedy pierwszy raz usłyszałam o Artyście pomyślałam brzydko: "wtf?". Nie dość, że od miesięcy uważany był za faworyta w wyścigu po najważniejsze nagrody filmowe, to jeszcze w Polsce o nim, jak zwykle, nikt nie słyszał. Mało tego - to niemy, czarno-biały film, bez dialogów, w nienormalnym formacie, z niezbyt znanymi, francuskimi (sic!) aktorami i równie mało znanym i równie francuskim reżyserem. Nie wróżyło to niczego dobrego, nie sądzicie? Obejrzeć, jasna sprawa, chciałam, choćby po to, żeby przekonać się - ale nie za co te nominacje, ale dlaczego za coś tak dziwnego i nieciekawego. Jakie było więc moje zdziwienie, gdy okazało się, że - powtórzmy - niemy, czarno-biały film bez dialogów może pokazać historię, która nie tylko zainteresuje, ale i rozśmieszy, wzruszy, porwie i, koniec końców, zachwyci. I to w dobie trójwymiaru i haj definiszyn. Szok.

George Valentin (Jean Dujardin) jest gwiazdą niemego kina. Co tam gwiazdą, gwiazdorem! Jest wspaniałym aktorem, duszą filmów, pupilkiem producentów i właścicieli kin, ulubieńcem dziennikarzy. Publiczność go kocha, i to z wzajemnością, którą George umie okazać - co chwilę sypie dowcipami, wykonuje kabaretowe wyczyny ze swoim psem, kłania się bez końca, tu się uśmiecha, tam kokietuje - gwiadorzy jak nie wiem, świetnie się z tym czuje i... ma do tego prawo. Ale jest koniec lat 30.,  świat filmu stoi u progu ogromnej rewolucji - oto kino, które nie mówi, zaczyna wydawać z siebie dźwięk. "To ma być przyszłość kina?" - pyta retorycznie George, nie mogąc powstrzymać się od spazmatycznego śmiechu. A jednak. Gwiazda gaśnie, George'a Valentina czekają trudne chwile, które zaważą na jego życiu. Równolegle oglądamy, jak młodziutka Peppy Miller (Bérénice Bejo) próbuje dać się poznać wspaniałemu światu filmu. Pomaga jej w tym nie kto inny jak George właśnie - i choć między tymi dwojga ewidentnie jest coś na rzeczy, nikt nie ma tu czasu na miłostki. George odchodzi, a jego miejsce zajmuje Peppy - nowa gwiazda kina, którą wszyscy kochają nie tylko dlatego, że jest urocza. Ona mówi. Dokładnie tak jak nowe kino. A to się teraz sprzedaje i to się teraz kocha.

"The world is talking now. People want new faces, talking faces" - te słowa, które wypowiada do George'a producent Al (John Goodman), a które padały nagminnie 80 lat temu wcale nie utraciły na aktualności. Kino mówi, od dawna. Mówienie jest fajne, mówienie dużo mówi, o filmie, o aktorstwie, o scenariuszu, o wszystkim. Po co milczeć, po co komplikować odbiór, który i tak nieraz bywa trudny? A jednak Michel Hazanavicius jakiś sens w tym zobaczył i przekroczył swoje wyobrażenia o pokazaniu, po raz kolejny już w historii filmu, rewolucji kina. Powtarzanie, że to niemy, czarno-biały film bez dialogów, nie jest tylko lakonicznym opisem Artysty - to słowa, które są wielkim zdumieniem współczesnego kina, że dziś ktoś nie tyle wpadł na pomysł zrobienia filmu z wykorzystaniem takiej techniki (mając do dyspozycji o taaakie możliwości), ale i zrobił ten film i, kurczę, zrobił to z wielką klasą.

Sama historia to typowy melodramat - jest on, jest ona, jest nutka dramatyzmu, oczywisty finał - czyli wszystko to, co wystarcza, by oglądało się przyjemnie i bez pośpiechu. To nie opowieść jednak przyciąga uwagę, ona jest tylko pretekstem dla ukazania ogromnej pracy całego sztabu ludzi z Artystą związanych: od aktorów poczynając, przez scenarzystów, kompozytorów, operatorów, na charakteryzacji i ludziach pracujących w postprodukcji kończąc. Dujardin i Bejo stworzyli przeuroczą filmową parę: on kradnie absolutnie każdą scenę, ona stanowi dla niego wyjątkowe tło, oboje uzupełniają się tak, jakby już od dawna znali się na wylot (co jest, zresztą, możliwe, bo z Hazanaviciusem związani są oboje od jakiegoś czasu).  Bardzo udane role drugoplanowe - Jamesa Cromwella jako Cliftona i Johna Goodmana w roli Ala Zimmera dodatkowo ubarwiają grę tego duetu. Zdjęcia, praca kamery i montaż - czego taki laik jak ja praktycznie nie ma prawa zauważyć - naprawdę robią wrażenie. Muzyka gra tu pierwsze... skrzypce - jest jednym z głównych bohaterów: to ona prowadzi za rękę przez całą historię, pozwala rozpoznać emocje postaci i znakomicie uzupełnia obraz. To zadziwiające, jak kontekst wszystko zmienia - gdy słuchałam tych utworów przed seansem, jakoś ten soundtrack nie przypadł mi do gustu. Owszem, kilka kompozycji rzeczywiście było ciekawych, ale całość nie pozostawiała po sobie większego śladu. A tu taka niespodzianka. I wszystko to zasługa zredukowania napisów do minimum (a i te, gdy się już pojawiają, zakrywają obraz i nie pozwalają, by jakikolwiek kadr umknął uwadze), które nie rozpraszają i pozwalają rozkoszować się obrazem.

10 nominacji do Oscarów i naprawdę realne szanse na godną walkę. Cieszy, że Akademia doceniła dokładnie to, co warte tu uwagi. Na razie bardzo po cichu i bardzo wstępnie (po braku nominacji dla Tildy Swinton niczego już w kontekście Oscarów nie jestem pewna...) uważam, że Dujardin nie tylko na statuetkę zasłużył, ale i powinien bez dwóch zdań ją dostać. Nie tylko dlatego, że konkurenci ze swoimi marnymi rolami mogliby mu stopy całować. Ale o moich oscarowych typach jeszcze będzie, tu się tylko zachwycamy i dywagujemy.

Czy polecam? Zdając sobie sprawę z tego, że nie każdemu się spodoba - absolutnie tak. Nie uprzedzajcie się, to naprawdę warto zobaczyć choćby z uwagi na oryginalność podejścia. Mnie Artysta uwiódł.


20 komentarzy:

  1. Hmm, coś innego może być ciekawe.

    OdpowiedzUsuń
  2. Witaj, na mojej stronie tworzę zakładkę rozmowy w ktorej bede publikowal rozmowy z tworcami stron i blogów o tematyce filmowej. Chcialbym Cię zaprosic do rozmowy i jej wynik opublikowac na mojej stronie. Jezeli chcesz sprawic mi przyjemnosc i udzielic mi wywiadu napisz na moje gadu 40356310
    pozdrawiam

    --
    http://gazetafilmowa.wordpress.com/

    OdpowiedzUsuń
  3. W Lublinie ten film będzie od 17 lutego, więc jeszcze muszę poczekać, ale na pewno go obejrzę. Kilka lat temu w telewizji był pokazywany film "Kair - gniazdo szpiegów" Michela Hazanaviciusa z Jeanem Dujardinem i Berenice Bejo. Oglądałem ten film, nie wiedząc wówczas, że za kilka lat ta francuska ekipa wyjdzie z cienia dzięki filmowi bez dialogów. Tamten film, będący parodią filmów o Bondzie był całkiem niezły, myślę, że warto go obejrzeć, Dujardin zagrał w nim fajną rolę, a jego wyrazista mimika pasuje właśnie do kina niemego (Hazanavicius chyba też tak uważał, skoro nakręcił z nim "Artystę"). Tak więc ciekaw jestem nowego filmu Hazanaviciusa, ciekawi mnie ta zabawa formułą kina niemego, która wyróżnia ten film spośród innych filmów, jakie można obecnie oglądać na ekranach kin.

    OdpowiedzUsuń
  4. mnie też ten film strasznie ciekawi, bo lubię nieme kino, więc muszę znaleźć w końcu chwile bo w Łodzi w kinach już jest ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Anonimowy nr 2, czy chcę sprawić Ci przyjemność? Hmm:)

    Mariusz, właśnie ten film miałam na myśli, pisząc, że Dujardin i Bejo już mają wspólne produkcje. Czy to są filmy francuskojęzyczne? Ciekawe? Jeśli chodzi o kino, to ja akurat jestem poza Lublinem jakiś czas, ale widziałam, że nasze CC się postarało i ładne hity wypuściło w lutym, także jest z czego wybierać:)

    Aniu, to wiesz, taka nagroda po owocnej sesji...:)

    OdpowiedzUsuń
  6. Tak, ten film z cyklu OSS 117 to film francuskojęzyczny. Czy ciekawy? Trudno powiedzieć, ja odniosłem takie wrażenie, że im bliżej końca tym gorzej i mniej śmiesznie. Ale obejrzeć warto. Niektóre zagrania reżysera są całkiem pomysłowe i zabawne, jak np. scena, w której bohaterowie zaczynają uprawiać seks, po czym kamera ucieka na bok, gdzie widać bohaterów w lustrze, jak się zabawiają, po czym kamera gwałtownie ucieka w "bezpieczne" miejsce. Ta scena pokazuje, że Hazanavicius potrafi rozbawić widzów nie za pomocą dialogów, ale kamery, i dlatego wierzę, że w "Artyście" sobie świetnie poradził.

    OdpowiedzUsuń
  7. Ano właśnie, kamera pracuje bardzo niegrzecznie, ale i bardzo stanowczo i przemyślanie. Wie Hazanavicus z kim pracować po prostu:)

    OdpowiedzUsuń
  8. A ja tradycyjnie pod prąd ;) Zresztą, jeżeli reżyser idzie pod prąd i w XXI wieku kręci film niemy to czemu ja mam również nie iść? Ja to widzę tak, że film zdobył te wszystkie laury właśnie tylko za to - że jest filmem niemym i czarno-białym w XXI wieku. I nie ukrywam, że byłem bardzo sceptycznie do filmu nastawiony i mnie nie przekonał. Historia w ogóle mnie nie wciągnęła, jawi mi się jako foch aktora, który nie chce grać w filmach dźwiękowych po tym jak filmy te wypierają nieme. Głupie? Wyobraźmy sobie, że za kilka lat kręcą film o tym, że DiCaprio czy inny Pitt się obrazili na Scorsese i nie chcą grać w filmach 3D, po czym bankrutują i taki ich koniec kariery.

    OdpowiedzUsuń
  9. Rodion, masz rację w tym, że nagrody przyznawane są głównie za pomysł i oryginalność podejścia. Cała historia rzeczywiście jest tendencyjna, ale nie powiedziałabym, że George odstawia focha - to raczej ogromne pokłady dumy kogoś, kto osiągnął szczyt i teraz musi (bo zmusza go życie) z podkulonym ogonkiem żebrać o robotę, wymagającej umiejętności, których on po prostu nie ma. Dla mnie to jest dramat człowieka, uwikłanego w trudną grę przekonań i skrajnych emocji z różnymi kolejami losu, który nie jest łaskawy nawet dla takich bożyszczy jak on. I takie historie są zdatne do konstruktywnej oceny po czasie, z dystansu. Dlatego - masz rację - takie wyczyny w wykonaniu Pitta czy Leo byłyby potraktowane jako fanaberia. Zresztą finał filmu daje odpowiedź na pytanie, czym taki upór się kończy.

    OdpowiedzUsuń
  10. Chciałoby się powiedzieć: a nie mówiłam? A jednak film niemy może się podobać? ;P I pomimo wielu niepochlebnych opinii o nim, w tym zarzutu, że jest przereklamowany, trzeba przyznać, że jest po prostu świetnie skonstruowanym obrazem. Przyzwyczailiśmy się chyba, że jak dobry film, to tylko ze świetnymi, znanymi aktorami, równie popularnym reżyserem albo chociaż dorównującym mu kompozytorem, z wartką akcją, a najlepiej taką, która nie komplikuje i jest przyjemna, z całą masą efektów specjalnych, z ... A tu aktorzy są świetnie do siebie "dopasowani", muzyka naprawdę robi wrażenie (i świetnie oddaje to, czego nie może tu oddać słowo), a sam pomysł na stworzenie historii jest naprawdę godny uwagi. Okazuje się więc, że można. I to z wielkim rozmachem. A co do Hazanavicusa - totalnie nie wiem, skąd się wziął, ale jeżeli inne jego filmy są tak dobre, jak Artysta, to niech dalej robi to, co robi, bo jest świetny:) Nie tylko w kreowaniu, ale i doborze aktorów - Bejo (nota bene, żona Hazanavicusa?) i Dujardin tworzą przesympatyczną parę, a ten ostatni dosłownie kradnie reszcie całe show i jest w tym fenomenalny ;D Myślę więc, że ten Oscar jest naprawdę realny (oby:)).
    Pozdrawiam, Magda

    OdpowiedzUsuń
  11. Bejo jest żoną Hazanavicusa? Magdo droga, jak Ty coś wypaCZysz, to nikt tak nie wypaCZy, jak Ty wypaCZysz :P

    No popaCZ, nawet na Filmwebie jak byk stoi, że w istocie tak jest. To by dużo wyjaśniało:) I tak, a nie mówiłaś (zadowolona?:P) :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Klapserko droga, ależ oczywiście, że zadowolona, i to jak:P ale swoją drogą, żona czy nie-żona, i tak była świetna i należą jej się brawa, o! ;) M.

      Usuń
  12. Mimo twojej recenzji nie jestem dalej przekonany do tego filmu, poza tym z tego co wiem u mnie w mieście nie leci w kinie, więc jeszcze chwilę poczekam. Co do roli Jean'a Dujardina to po zwiastunie widziałem że zagrał ciekawie. Pozdrawiam ! :D

    OdpowiedzUsuń
  13. widzę że dałaś się namówić gazecie filmowej na wywiad, jak wrażenia??

    OdpowiedzUsuń
  14. Zgadza się. Aniu, napiszę Ci na fejsie, bo nie chcę publicznie tu kolegi obgadywać:)

    OdpowiedzUsuń
  15. Jak przeczytałem te wywiady to masakra, pytania rodem z pudelka. A format robiony chyba późno w nocy z wielkim niedopaCZeniem.

    OdpowiedzUsuń
  16. No cóż, nikt nie jest doskonały:) Pomysł świetny, nad wykonaniem trzeba jeszcze popracować, i tyle.

    OdpowiedzUsuń
  17. Już jestem po seansie. Świetny film - zabawny, pomysłowy, a momentami nostalgiczny i wzruszający. Dujardin i Bejo znakomici, nie zgadzam się, że on kradnie każdą scenę, bo ona w niczym mu nie ustępuje. We wspomnianym wcześniej filmie "Kair - gniazdo szpiegów" Dujardin był jedynym bohaterem pierwszoplanowym, reszta stanowiła tło, w "Artyście" jest już równowaga i oboje, moim zdaniem, zasłużyli na Oscary :) A Berenice Bejo ma większą szansę na nagrodę chociażby dlatego, że nominację zdobyła za rolę drugoplanową. Podobała mi się także muzyka oraz cała oprawa wizualna. Świetny jest także duet aktorski Dujardin i jego pies, wpisany w napisach jako Uggie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A popatrz, że nie zauważyłam w napisach Uggie'go ;) Może masz rację z tą równowagą, prawdopodobnie bardziej chłonęłam jego, stąd to wrażenie. Natomiast co do Oscara dla Bejo - ja bym najchętniej nagrodziła wszystkie aktorki w obu kategoriach, bo każda była zachwycająca. Ale to już inna bajka:) Fajnie, że Ci się podobał film:)

      Usuń
  18. Widzę, że towarzyszyły nam podobne odczucia dotyczące tego filmu: http://booksandmovies.bloog.pl/id,338448792,title,Artysta,index.html

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.