czwartek, 1 marca 2012

Dziennik zakrapiany rumem (The Rum Diary, 2011)

reżyseria: Bruce Robinson
scenariusz: Bruce Robinson 
produkcja: USA
gatunek: dramat
dystrybucja polska: Kino Świat

Najpierw strasznie chciałam Dziennik... zobaczyć. No bo, wiadomo, Depp. Potem naoglądałam się zwiastunów i naczytałam biografii Thompsona, której wariacją jest fabuła filmu, i trochę mi się odechciało. No ale Depp, więc nie może być źle. I pudło. Było fatalnie.

Paul Kemp (Johnny Depp) przyjeżdża do Portoryko jako polecony pracownik. Plan jest taki: oderwie się trochę od stresującego molochu, jakim jest Nowy Jork, odetchnie świeżym, nadmorskim powietrzem, popracuje w spokoju, może nawet porzuci kieliszek na rzecz mniej uzależniających i degenerujących używek. Kiedy jednak, będąc już na miejscu, orientuje się w portorykańskich realiach i atmosferze panującej w pracy i przychodzi mu pomieszkiwać z dość trzeźwo jak na zwykle nietrzeźwego patrzącego na życie kolegą i pracującym w redakcji w trybie bardzo zdalnym odjechanym ćpunem, domyśla się, że z planu nici. I trochę machinalnie, trochę nawet z przyjemnością, poddaje się tej karaibskiej demoralizacji. A kiedy film zaczyna się urywać, nikt już nie wie, co właściwie się wydarzyło.

Łącznie z widzami - dodać by warto. Cała fabuła bowiem toczy się wokół ostro zakrapianych (nie tylko rumem) imprez, szlajaniu się Paula i Boba (Michael Rispoli) po mieście, jakichś mało poważnych spotkań biznesowych z Sandersonem (Aaron Eckhart), na które obaj panowie trafiają z przypadku i nie do końca wiedzą, w czym tkwią. Jest też kobieta i wątek quasi-miłosny, a jakże - ani jednak dama (Amber Heard), ani koślawe jej uwodzenie w wykonaniu Paula niczym nie porywa, jest naciągane i służy, nieudanie zresztą, chyba tylko zachowania wierności prawdziwej historii (Hunter Thompson ożenił się z Chenault). Deppowi od dawna bardzo zależało na zekranizowaniu losów Thompsona, z którym znał się osobiście, ale żeby tak od razu na siłę? Kto dał na to pieniądze?

Pewnie jest w całej tej historii coś głębokiego, jakieś ludzkie dramaty, jakieś celnie ujęte realia czy coś - nie wiem, ja tego swoim małym mózgiem nie ogarnęłam. Było nudno i przydługawo.

Czy polecam? Nie.


10 komentarzy:

  1. Przyznam, że sam spodziewałem się czegoś lepszego, ale sam film ogólnie mi się podobał. Co do roli Deppa to dobra jak każda :)) Ja polecam, ale nie podważam twojego zdania, bo je szanuje :))

    OdpowiedzUsuń
  2. ja po zwiastunie zaszufladkowałam go w przegródce "pod żadnym pozorem"

    OdpowiedzUsuń
  3. Plakat i wszystkie słowa, które na nim są, to - w mojej skromnej opinii - padaka gorsza od wiedzy pani minister sportu na temat sportu.

    OdpowiedzUsuń
  4. Poczekam na film w edycji DVD, żeby go wypożyczyć - już od zbyt wielu osób słyszałem że to kaszana.
    Obserwuję Twojego bloga - wydaje się interesujący. Jednocześnie zapraszam do siebie - zacząłem niedawno prowadzić bloga o muzyce filmowej - muzykawfilmie.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  5. Zastanawiam się z jakimi oczekiwaniami ludzie podchodzą do tego filmu i po raz kolejny jestem zdziwiona reakcją. Może (a raczej najpewniej) to kwestia mojego bardzo subiektywnego podejścia do Thompsona. Tak czy inaczej, moim zdaniem, pamiętać należy, że Thompson był przede wszystkim dziennikarzem, więc filmy na podstawie jego powieści, nie będą zachwycać kunsztem opisów i tym podobnymi rzeczami. Jest jak w książce, rzeczowo i na temat. Bez przesadnego dramatyzmu i tkliwości. Realia ujęte okiem dziennikarza - to widać, same konkrety. Jest też mniej widowiskowo, więc jeśli ktoś spodziewał się drugiego Las Vegas Parano (swoją drogą, co za okropne tłumaczenie?) nie dziwota, że się rozczarował. Jeśli jednak zna się książkę, biografię Thmopsona i wszystkie inne niuanse związane ze współpracą Deppa z Thompsonem, zupełnie inaczej się ten film odbiera. Kwestia poznania konwencji. Bez tego faktycznie jest średnio.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak, tyle że nie sposób do każdego filmu podejść z profesjonalną wiedzą. Zresztą, zakładając, że zna się biografię Thompsona, zaangażowanie w relację ze strony Deppa i w ogóle kulisy powstawania filmy, w jakiś sposób odbiera się sobie przyjemność oglądania filmu. Mnie w przypadku "Dziennika..." wystarczyło przeczytać jeden artykuł na ten temat, by się zniechęcić - z prostego względu: nie porwała mnie ta historia. Dalej było już tylko gorzej. Więc nie zgodzę się - poznanie biografii i "niuansów", o których piszesz wcale nie sprawiło, że odebrałam film lepiej i że jest więcej niż średni. Ja w "Dzienniku..." nie szukałam kunsztownych opisów i nie wiadomo czego. Liczyłam po prostu, że Depp odczaruje mi trochę postać Thompsona swoim dobrym aktorstwem. I, jakkolwiek, nie był najgorszy, to jednak ostatecznie się to nie udało.

      Usuń
    2. Depp w ogóle ostatnio nie urzeka. Inna sprawa, że dla mnie nigdy nie był specjalnie wybitnym aktorem. Owszem, nie można mu odmówić uroku i niesamowitej swobody, ale powiedzmy sobie szczerze: zawsze gra tak samo. Lubię go, uważam, że jest dobrym (acz nie rewelacyjnym) aktorem ale faktem jest iż reprezentuje on pewien typ aktorstwa. Mimo różnorodności ról jego sposób gry się nie zmienia. I ostatnio widać, że ta konwencja się wyczerpuje, Depp w pewnym stopniu wydaje mi się wypalony aktorsko. Chociaż z niecierpliwością czekam na nowy film Burtona, może tutaj coś sie zmieni :)

      Usuń
    3. Podnosiliśmy ostatnio tę kwestię u Ani (blog Filmowe Szaleństwo). Ja na razie nie wydaję sądu, czekam na Dark Shadows i może wtedy będzie czas na wyrokowanie. Mnie Depp "podpadł" już w Turyście. I film, i rola dość osobliwa i jednak urocza, ale to nie był Depp, na którego czekałam - coś mi w nim nie pasowało. I od tamtej pory przyglądam mu się z większą podejrzliwością, ale nie na tyle, żeby mówić, że się skończył. Oby tak się nie stało:)

      Usuń
    4. Mnie już coś zaczęło zgrzytać wcześniej, pomijając całość Piratów z Karaibów, już od Sweeney Todd'a jego gra była jakaś taka powtarzalna. W Parnassusie było go mało, we Wrogach Publicznych jakoś nie powalał (chociaż film i rola dobra, po prostu niewiele miał tam do pokazania) i tak to się dalej toczyło. Podobnie jak Ty czekam na Dark Shadows i liczę na coś świeżego. Pozdrawiam :)

      Usuń
    5. Oj, akurat Sweeney to dla mnie mistrzostwo świata:) Parnassusa nie widziałam, a Wrogowie w ogóle na mnie wrażenia nie zrobili. Nie mój klimat, więc i Depp zupełnie mi tak zniknął. Pozdrawiam również:)

      Usuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.