czwartek, 15 marca 2012

Kieł (Kynodontas, 2009)

reżyseria: Giorgos Lanthimos
scenariusz: Efthymis Filippou, Giorgos Lanthimos
produkcja: Grecja
gatunek: dramat
dystrybucja polska: Against Gravity

Kieł to bardzo niewygodny film. Zdumiewa, irytuje i obrzydza. Każe ci żałować tego spotkania od początku, świadomie wzmaga w tobie przekonanie, że jest niegodną polecenia komukolwiek szmirą i pozwala odetchnąć z ulgą, gdy wreszcie się kończy. A potem nie chce się od ciebie odczepić - łazi za tobą, prowokuje do wyrokowania, zmusza do refleksji i intertekstualnych wycieczek. I wciąż niemiłosiernie drażni.

Pięcioosobowa rodzina mieszka w domu otoczonym wysokim murem. Dzieci jeszcze nigdy nie miały okazji przekroczyć jego bramy i zobaczyć świat zewnętrzny. Wychowane pod rygorystycznym okiem ojca, jak gąbka chłoną schematy i metody, wpajane im skrupulatnie przez rodziców - bierną matkę i ojca-tyrana, który jako jedyny ma prawo wyjść poza mur. Nastoletni chłopak i jego zaledwie kilka lat młodsze siostry nie mają pojęcia, jak wygląda cywilizacja, swobodnie posługując się językiem zmieniają - naśladując rodziców i powtarzając zasłyszane od nich znaczenia słów - ich semantykę (nazywając solniczkę telefonem albo żółte kwiaty żywymi trupami), nie znając podstawowych zasad życia społecznego, działają według naturalnych instynktów i odruchów, a gdy te podążają w niebezpiecznym według ojca kierunku, są kierowane na bezpieczne tory. Bezpieczne, czyli wytyczone przez ojca właśnie, który w zamian za nieobecne w domu media (telefon jest, ale schowany w szafce, telewizor także ma swoje miejsce, ale emitowane w nim są stare nagrania z własnej kamery, a z radia dobiegają dźwięki klasycznej muzyki, rzekomo autorstwa... dziadka) organizuje swoim dzieciom kuriozalne zabawy, polegające na rywalizacji i mające na celu wykształcić w nich cechy zdobywcy. Jedyną osobą, która ma wstęp do domu jest Christina (jedyna zresztą, którą poznajemy z imienia) - młoda dziewczyna, która ma za zadanie zaspokoić seksualne potrzeby chłopca, a przy okazji sieje trochę zamętu wśród jego sióstr. Dzieci mogą wyjść z domu pod jednym warunkiem. Musi wypaść im kieł, a najlepiej - wypaść i odrosnąć. Jedna rzecz tylko niepokoi wszystkich - szósty członek rodziny, syn i brat, nie spełnił tego warunku, a jednak odszedł. Kiedyś ponoć przekroczył mur i stało się z nim - w wersji ojca - coś strasznego. Zaznał smaku wolności? A może wolność go pożarła?

Odpowiedź na to pytanie pojawi się, ale dopiero po filmie i w waszych głowach. Lanthimos niczego nie ułatwia - nie ma tu miejsca na retrospekcje, zbędne wyjaśnienia, wskazanie na przyczyny i motywacje.  Nie wiemy, dlaczego to wszystko się dzieje; kiedy i z jakiego powodu ojciec wpadł na tak szalony pomysł, by wychowywać swoje dzieci w oderwaniu od świata; kim on jest, że czyni z siebie demiurga i co musiało stać się w jego życiu, że ma w sobie tak silną potrzebę sterowania życiem innym i tyranizowania w sposób maksymalnie wyrachowany. Nie znamy myśli bohaterów, możemy ich oceniać jedynie na podstawie kuriozalnego zachowania i wyborów, które podejmują albo raczej których nie podejmują. Zostajemy wrzuceni w samo centrum tego mikroświata i zdumieni jego funkcjonowaniem, wychodzimy pogubieni, nierozumiejący ani tego, skąd ono przychodzi, ani dokąd zmierza. Zakończenie zdumiewa, rozdrażnia, ale prowokuje - i to nie tylko do ferowania wyroków, ale i stawiania kolejnych pytań, które chętnie bym wam tu zaserwowała, gdyby nie konieczność podania w zestawie spoilerów (ciekawe i inspirujące do dalszych rozmyślań teorie znajdziecie w komentarzach do filmu w filmwebie).

Żyjące w izolacji dzieci zachowują się nienaturalnie, są sztywne, drewniane, papierowe, nieprawdziwe; ich masochistyczne, epatujące fizjologizmem zabawy szokują i zniesmaczają. Możemy się zastanawiać, dlaczego dzieci znoszą swoje życie z takim stoickim spokojem, dlaczego się nie buntują, dlaczego tak bezrefleksyjnie chłoną narzuconą im rzeczywistość i przyjmują to, co mówią rodzice za pewnik, ale odpowiedź jest w zasięgu ręku - one po prostu nie znają innego życia, innych wzorców, nie mają z czym porównać, do czego odnieść modelu, według którego żyją, schematu, w który się wpisują. Kieł to wariacja na temat terroryzmu, metafora autorytarnych rządów w skali mikro, gdzie odnajdziemy wszystkie ich absurdy, od osobliwego systemu nagradzania za posłuszeństwo i karania za zachowania niezgodne z zasadami panującymi w domu, przez relację my-oni (przy czym wrogiem ludu są tu bestie, czyhające na dzieci za murem) i ustawiczną kontrolę nad tym, na co rządzeni patrzą, czego słuchają, jakie mają popędy i co myślą, po manipulację i fizyczny terror. Lanthimos pokazuje, że utopia wciąż jest możliwa i że wciąż wiąże się z większym niebezpieczeństwem niż koślawa rzeczywistość, w której żyjemy. Niezbyt oryginalne, ale przejmujące i niepokojące.

Ale w robieniu filmu nie tylko o fabułę przecież chodzi. Jest ona, jasna sprawa, niezwykle ważna i najczęściej na jej podstawie decydujemy, czy tytuł jakoś nam w pamięć zapadnie, czy wyleci wraz z końcowymi napisami. Zawsze z ciekawością podchodzę do świeżych we własnym repertuarze propozycji: wiecie, kino regionalne, z którym nie znasz się nawet z widzenia, aktorzy, których nie kojarzysz z żadnych ról, nie masz więc wobec nich ani żadnych oczekiwań, ani uprzedzeń, obcy klimat, akcja osadzona niby blisko, ale jakoś tak niezbyt swojsko. To, co pokazują aktorzy wcielające się w postaci z Kła (wiem, ignorancja, że nie wymieniam nawet ich nazwisk, ale co komu z tego?) jest, zdaje się, dokładnie tym, czego oczekiwał od nich Lanthimos. Nienaturalność ich gry idealnie spaja się z wyuoczonymi zachowaniami, cudacznymi gestami i sztucznymi reakcjami. To odrzuca, ale w jakiś sposób też intryguje. Wnętrze bogato przecież urządzonego domu i ogrodu zdumiewają surowością i trudną do zdefiniowania grozą, jakby tuż za murem faktycznie czaiły się krwiożercze bestie. Tyle że nie o kota tu idzie, a o wolność, która wydaje się tu być największym wrogiem.

Czy polecam? To jeden z tych filmów, których nie ogląda się zbyt dobrze, ale za to świetnie się o nich rozmyśla i zażarcie dyskutuje. Jeśli jesteście na to gotowi - ryzykujcie.


6 komentarzy:

  1. zupełnie nie kupuje tego filmu...

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja też nie. Cotton.

    OdpowiedzUsuń
  3. A ja kupuję od początku do końca, świetne studium tyranii i ubezwłasnowolnionego społeczeństwa będącego pod jej wpływem. Jeśli jeszcze ktoś dziwi się, dlaczego np. taka Korea Płn. nie wyrwała się spod władzy swych ojców - dostaje za pomocą tego filmu subtelną odpowiedź.

    OdpowiedzUsuń
  4. Film ciekawy.Duża możliwość interpretacji.Jedno jest pewne nie zaszkodzi obejrzeć.

    OdpowiedzUsuń
  5. Z pewnością jeden z moich ulubionych filmów

    Pozdrawiam i zapraszam do siebie (filmdine.blogspot.com)

    OdpowiedzUsuń
  6. Dla mnie też świetny. Oglądałam go już sporo czasu temu, ale też w ramach odświeżenia pamięci wrzuciłam refleksje na bloga (bo blog znacznie młodszy jest). Podoba mi się Twój tekst. Mnie się ten film oglądało dobrze nie ze względu na to, że widzowi jest wygodnie i czuje się bezpiecznie. Właśnie zupełnie odwrotnie. Ten film niepokoi i zaskakuje. Duży plus.
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.