poniedziałek, 2 kwietnia 2012

Melancholia (2011)

reżyseria: Lars von Trier
scenariusz: Lars von Trier 
produkcja: Szwecja, Dania, Francja, Niemcy, Włochy
gatunek: dramat
dystrybucja polska: Gutek Film


Unikałam tego filmu jak ognia. Najpierw strasznie chciałam, bo to przecież głośny von Trier, trzeba w końcu zobaczyć, przekonać się, zweryfikować opinie, coś samemu osądzić. Później nasłuchałam się samych strasznych rzeczy: że nie oglądaj tego, gdy masz dobry nastrój, że dołujący, że przytłacza, że masakra, że w ogóle uważaj. No to mi się odechciało. W końcu jednak stwierdziłam, że stawię temu czoła, ale na wszelki wypadek zabarykadowałam się deską do prasowania i stertą prania i z taką asekuracją zrobiłam podejście numer dwa (podczas pierwszego wytrzymałam 7, słownie: siedem, minut).

Zaczęło się bardzo niewinnie. Justine (Kirsten Dunst) bierze ślub, wygląda na szczęśliwą. Szybko jednak coś zaczyna jej odbijać i z przyjęciem weselnym jakoś jej nie po drodze. Podobna jest w tym w pewien sposób do ekscentrycznej matki, która (nie)szczęście córki ma w nosie i ewidentnie zmaga się z problemami natury psychicznej. Justine zresztą też zdrowa nie jest - szybko ujawnia się jej głęboka (deeeep deeeeper deeeepest) depresja i, właśnie, melancholia. Jedyną normalną w tym damskim gronie wydaje się początkowo siostra Justine - Claire (Charlotte Gainsbourg), ale w drugiej części filmu (jej poświęconej i zatytułowanej jej imieniem) okazuje się, że w tej rodzinie baby już tak mają - Claire popada w skrajne emocje: od histerii, przez paranoidalny lęk, aż po rozpacz i niemalże agonię psychiczną. Wszystko to za sprawą zbliżającej się katastrofy: do Ziemi zbliża się planeta o wdzięcznej nazwie Melancholia, która według naukowców Ziemię ominie, ale - jak wiemy - naukowcy nie zawsze mają rację. Spanikowana Claire, jej niewiele rozumiejący synek i nad wyraz spokojna Justine (bo przecież za czym tu płakać, skoro ta Ziemia taka beznadziejna jest) czekają więc na nieuchronny koniec świata.

Tym razem obejdzie się bez amatorskich portretów psychologicznych i zagłębiania się w kliniczne podstawy schorzeń bohaterek "Melancholii". Krótko tylko: zastanawiam się, na ile zachowanie Claire w obliczu zbliżającej się katastrofy wynikało z genetycznych uwarunkowań do zaburzeń, toksycznych relacji i życia w patologicznej rodzince, a na ile było oczywistą reakcją człowieka na koniec świata. Normalne jest przecież, że kres wszystkiego, czym żyjemy (i nas samych) w jakiś sposób nas przeraża: nie lubimy o tym rozmawiać, staramy się o tym też za dużo nie myśleć, bo i po co się zamartwiać, skoro będziemy żyli długo i szczęśliwie, nie dopuszczamy do siebie myśli, że wszystko, naprawdę wszystko, może się tak po prostu skończyć, zniknąć, umrzeć.

Nie jest to wszystko może przygniatające, ale z pewnością nie poprawia humoru. Nic przyjemnego patrzeć na nieszczęśliwych (czym właściwie?) ludzi, oglądać mroczne, poetyckie obrazy, a wszystko to przy dźwiękach muzyki, która sama niesie chyba więcej apokaliptycznej treści i pesymistycznego ładunku niż cała narracja. To jednak, co szczerze w tym filmie doceniam, to bezkompromisowość von Triera w podejściu do przeżutego na wszystkie możliwe sposoby tematu. Nikt tu nie zbiera żarcia, nie zamyka się w schronach i nie usiłuje przetrwać. Stawić czoła temu, co napawa takim chorym lękiem, nie jest może niczym nadzwyczajnym, ale w kinie dość niespotykanym. A koniec świata naprawdę jest końcem.

Wymęczyłam się na tym filmie nieludzko. Nie będę udawać, że coś mnie tu porwało. Nie jestem wyrafinowanym widzem, nie znam się na kinie, nie potrafię wyłapać arcydzielności dzieł wielkich. Jestem zwyczajnym widzem, który szuka czegoś, co go zaciekawi, zachwyci, wzbudzi jakieś pożądane w danej chwili emocje. No więc jednak nie jestem wybrańcem, z tych, co to czują i chłoną wszystkimi zmysłami filmy von Triera. Mnie on ani nie prowokuje, ani nie interesuje. Bo jak zachwyca, jak nie zachwyca - pytał klasyk. Powinnam płakać z tego powodu?

Czy polecam? Nie.


16 komentarzy:

  1. Męczący- to dobre słowo opisujące ten film. Więcej szumu wywołała gadka reżysera, niż pseudo-filozoficzne(?) przesłanie "Melancholii".
    Do tej pory się zastanawiam, czy gdyby K.Dunst nie wystąpiła w stroju Ewy dostałaby nagrodę w Cannes...

    OdpowiedzUsuń
  2. Oj zasmuciłaś mnie szczerze. Osobiście film bardzo mi się spodobał, sposób przekazu i podejścia dwojga ludzi to tego samego problemu zwyczajnie mnie... porwał.
    Chociaż z drugiej strony to chyba faktycznie kino które się albo kocha, albo nienawidzi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To ja się podpisuję pod wypowiedzią Miksera i szkoda, że von Trier nie przypadł Ci do gustu.

      Usuń
  3. Ja o tym filmie mam mieszane uczucia... Pierwsza część filmu to było dla mnie totalne nieporozumienie, ale jednak już następna druga część mi się spodobała. Jednak faktycznie masz rację, film jest bardzo męczący i przygnębiający. A co do Kirsten Dunst to według mnie zasłużenie dostała nagrodę w Cannes - była świetna...

    OdpowiedzUsuń
  4. von Triera widziałam tylko "Antychrysta", wrażenia miałam mieszane, ale zaplanowałam sobie mały przegląd jego prac w niedalekiej przyszłości, na razie katuje inne serie i seryjki filmowe ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Niedawno co komentowałam u Suzarro. ;)

    Film odebrałam jako irytujący i wydumany. Nie mogłam przejść obojętnie wobec faktu, że Justine nie znajduje się pod specjalistyczną opieką psychiatryczną. Gdyby jednak była, a mimo to jej stan byłby dalej beznadziejny - może spojrzałabym na "Melancholię" inaczej. Bo tak widziałam dziewczynę użalającą się nad sobą, choć starałam się pamiętać, że jest chora.

    OdpowiedzUsuń
  6. Męczący? A sama tak chciałam go zobaczyć i teraz się zastanawiam, czy bardziej mnie zniechęciłaś czy na przekór zachęciłaś by sprawdzić sama... a ta Kirsten, tyle pochwał.. zaskoczyłaś mnie ;P

    OdpowiedzUsuń
  7. Mnie się "Melancholia" podobała, jak pozostałe filmy Von Triera, z tym, że nieco mniej od tych pozostałych właśnie, np. od "Antychrysta", czy "Przełamując fale". Nie ma ona ich siły rażenia. Film upewnił mnie, że "Melancholicy" mają lepiej, ponieważ całe życie przygotowują sie na koniec, żyją w bezustannym smutku. Poza tym, film, jak wiele innych tytłów z kolekcji Duńczyka, znowu ukazuje wielką samotność kobiet, nawet w takiej chwili jak koniecZiemi nie ma żadnego mężczyzny, który by je potrzymał za rękę. Pozostało im jedynie dziecko. Piękne zdjęcia, ostatnia scena rewelacyjna. W ogóle, czego wy się spodziewacie, ogladając Von Triera? przecież wiadomo, w jakich klimatach obraca sie ten artysta przez lata. Von Trier nie poprawia humoru, jesli macie na to ochotę trzeba zobaczyć Allena, ups, też nie! On też jest smutny. No to Chaplina, hmm tak po prawdzie, to każdy dobry komik jest wielkim smutasem.
    Scena z nagą Kirsten - przepiękna. Ale to także zasługa reżysera i operatora, nie tylko jej, ona tylko ładnie leży. Ale w pozostałych scenach jest ok. Złota Palma dla najlepszej aktorki - niech jej będzie, może nie miała konkurencji?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czego się spodziewamy? Ja niczego, bo to był mój pierwszy film von Triera. Nie wiem, czy sięgnę po więcej, szczerze mówiąc. Że "melancholicy" mają lepiej? Czy ja wiem. Zależy z czym komu kojarzy się koniec - jeśli z czymś dobrym, szczęśliwym, to o jakim smutku tu mowa? Wymiar zależy od perspektywy. Z mojej, racy ludzie marnują życie, które otrzymali. Samotność kobiet - słuszna uwaga, nie interpretowałam tego w ten sposób, ale masz dużo racji.

      Usuń
  8. Chyba żeby w pełni zrozumieć postępowanie Justine trzeba mieć do czynienia z kimś chorym na depresję. Jej zachowanie na zbliżającą się Melancholię nie jest spowodowane stoicyzmem, pogodzeniem się z nieuniknionym ale obietnicą na skończenie wszystkiego.

    OdpowiedzUsuń
  9. Absolutnie się nie zgadzam i aż włos na głowie się jeży, gdy widzę coś takiego "Czy polecam? Nie." "Melancholia" jest jednym z najlepszych filmów o końcu świata...inteligentny i przemyślany. To, że ten film nie pokrywa się z Twoim gustem nie znaczy, że jest to film zły i nudny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie jestem krytykiem filmowym, to moje prywatne, bardzo subiektywne refleksje. Piszę, jaki film jest dla mnie, wg mojego odczucia. Ten we mnie nie trafił i wydał mi się piekielnie nudny. Mam prawo tak uważać. A to, że ten film pokrywa się z Twoim gustem też nie znaczy, że jest wybitny i ciekawy;)

      Usuń
    2. Subiektywne refleksje są piękne, tylko ubolewam do ostatniego hasła, gdzie nie polecasz. Lepiej ugryźć się w język niż pisać tak o filmie, który ma na swoim koncie Złotą Palmę, Cezar'a, Czeskie Lwy, Goya, Robert (krótko mówiąc jedne z najważniejszych nagród jakie można sobie wymarzyć).W filmie przedstawione jest niesamowicie przedstawiona ta nieuchronność przed śmiercią. Bezbłędna ekspresja odczuć oraz relacji ludzkich podczas apokalipsy. Warto wrócić do tematu i poczuć co chciał przekazać reżyser. I mówi się, że o gustach się nie dyskutuje. Dyskutujmy, róbmy to częściej.
      Pozdrowienia śle i życzę jeszcze większego apetytu na kino :)

      Usuń
    3. Dzięki za opinię, ale nie mam zamiaru gryźć się w język:) Nie polecam w imieniu jakiegoś grona krytyków czy jury festiwalu, tylko swoim własnym. Kto mnie podczytuje od dłuższego czasu, wie, jaki am gust filmowy i co mogę polecić, a czego nie. Nagrody filmowe i wyróżnienia na festiwalach raczej mnie nie ruszają - tak jak piszę w zakładce "O mnie": jestem totalnym laikiem, nie znam się ani na robieniu filmów, ani na historii kina i kinie w ogóle, wielokrotnie arcydzieła w guście jurorów zupełnie we mnie nie trafiły, także ich głos nie jest dla mnie miarodajny. Ja jestem najnormalniejszym w świecie widzem, który szuka w kinie określonych rzeczy, cieszy się, gdy je znajduje, denerwuje, gdy nie, ale i potrafi docenić dobrą robotę. Nie zaprzeczam, że von Trier pokazał emocje, ale to nie są moje emocje i to nie jest moja filozofia. Relacje ludzkie podczas apokalipsy? Raczej mały ich wycinek, ładnie skontrastowany na przykładzie sióstr, ale wciąż tylko wycinek. Zgadzam się jednak, że dyskutować trzeba:) Zawsze powtarzam, że najważniejsze, że film nie pozostawia obojętnym - w którąkolwiek stronę nie odchylałyby się opinie:)

      Dzięki:)

      Usuń
  10. Widziałam kilka filmów von Triera i Melancholia najmniej przypadła mi do gustu. Był to zdecydowanie najpiękniej nakręcony i najbardziej widowiskowy film spośród tych obejrzanych, ale bardzo ciężko było mi wysiedzieć na kinowym fotelu. Tak więc rozumiem brak zachwytów u autorki, niemniej apeluję : ) o nie przekreślanie tak szybko Larsa. Z całego serca polecam Dogville - nie znam osoby, która uznałaby ten film za mniej niż bardzo dobry, choć krytycy niekoniecznie podzielają tę ocenę.
    Dodam tylko, że obejrzałam ten film w liceum, gdy moim ulubionym gatunkiem były głównie komedie romantyczne : ). Kupując gazetę z dvd kierowałam się głównie rolą Nicole Kidman, którą darzę sympatią. Nie miałam żadnego pojęcia o fabule, do tego pierwsze minuty zdecydowanie mnie zaskoczyły, bo scenografia przypomina bardziej teatr niż film... Ale nie mogłam się oderwać. To był pierwszy film, który wywarł na mnie tak ogromne wrażenie, że po seansie siedziałam kilka minut nieruchomo, gapiąc się w ekran ; ). Wtedy poznałam nazwisko von Trier i dałam mu kredyt sympatii i zaufania na całą pozostałą twórczość.
    Jeżeli Dogville nie przypadnie ci do gustu - poddaję się. Póki co mam nadzieję, że jeszcze doczekam się tu (przychylnej) recenzji : ).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobrze, czuję się zachęcona:) Obejrzę Dogville i dam znać, czy coś się zmieniło:)

      Usuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.