poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Wojownik (Warrior, 2011)

reżyseria: Gavin O'Connor
scenariusz: Gavin O'Connor, Anthony Tambakis, Cliff Dorfman
produkcja: USA
gatunek: dramat
dystrybucja polska: Monolith Video

Wojownika chciałam zobaczyć jeszcze w lutym, na fali oscarowych nominacji. Coś jednak wciąż mnie przed tym powstrzymywało - a to sterta innych tytułów do obejrzenia, a to jakieś tematyczne analogie, a to niechęć do oglądania bijatyk (choć, muszę przyznać, mam ten lęk przed każdym filmem o bokserach i z każdego wychodzę bardzo zadowolona - żeby nie przywoływać ostatniego o tym temacie, rewelacyjnego Fightera). Ale przyszedł nowy Batman i przyszedł Tom Hardy w roli Bane'a. A za nimi wielka ochota, żeby znów go zobaczyć i znów się nim zachwycić. No i się udało.

Brendan (Joel Edgerton) i Tommy (Tom Hardy) są braćmi, ale mają do siebie za dużo żalu, by nawiązać prawdziwie braterską relację. Wszystko za sprawą ojca, Paddy'ego (Nick Nolte), alkoholika i trenera bokserskiego, który czynił im w domu prawdziwe piekło. Obaj poszli w zupełnie różne strony - Tommy wstąpił do piechoty morskiej, Brendanowi zamarzyło się spokojne życie u boku kochającej żony (Jennifer Morrison) i uroczych dzieciaków. Ale życie płata figle. Po latach Tommy, ogarnięty traumą wojny, wraca w rodzinne strony i postanawia powrócić też do walki - właśnie organizowany jest turniej w mieszanych sztukach walki, w których przy pomocy pragnącego odkupić swoje winy ojca chce wziąć udział. Jego brat ma podobny pomysł - z tą tylko różnicą, że dla niego wygrana w MMA to sprawa życia i śmierci - wraz z żoną ledwo wiążą koniec z końcem, w dodatku właśnie został zawieszony w pracy nauczycielskiej. Starcie braci jest nieuniknione. Muszą stawić czoła nie tylko sile fizycznej przeciwnika, ale przede wszystkim goryczy, rozczarowaniu i wzajemnym oskarżeniom.

Zaczęło się dość powoli i jednowymiarowo. Nie ma walk, nie ma większej akcji, wszystko właściwie skupia się wokół scharakteryzowania skomplikowanych relacji rodzinnych głównych bohaterów. A jest ciekawie z dwóch względów: w grę wchodzi pewna patologia (alkoholizm ojca), a rzecz dotyczy trzech dorosłych, silnych facetów. Mamy więc męski punkt widzenia, męskie emocje i męski sposób radzenia sobie z nimi. Jest tu tym samym dużo powściągliwości, dużo gry pozawerbalnej, dużo wiszących w powietrzu słów, które nie padają, słowem - atmosfera jest bardzo gęsta. Każdy z nich - Tommy, Brendan i Paddy - ma coś na sumieniu, czegoś żałuje, coś rozwiązałby inaczej, ale też o coś drugiego oskarża, czegoś nie potrafi pokonać, w coś chce bądź nie chce już inwestować. Każdy ma o co walczyć, ma wiele do stracenia i dużo do zyskania, choć pieniądze są w tym wypadku raczej na drugim planie. Według tego klucza układa się też sympatia widzów. Najmniej fanów z pewnością zdobywa Paddy - ciąży na nim wiele win, a efekty jego czynów i zaniechań oglądamy w żywych osobach. Ale paradoksalnie to jego historia porusza najbardziej - Paddy to facet złamany, ale tym razem nie przez życie i los po prostu, ale przez swoje własne wybory. Jego osłabiona sylwetka, poorana zmarszczkami twarz, wciąż przepite oczy i wyraz twarzy kogoś, kto przegrał swoje życie i tylko resztkami sił walczy o gest - jakikolwiek, byle nie było tak boleśnie obojętnie - bliskich (choć tak dalekich) mu osób - wszystko to wywiera wrażenie, rodzi współczucie, myśl, że szkoda faceta. Ale z drugiej strony - że sam zawinił, że wywalczył to, że co z tego, że się stara, że miał już swoją szansę. I odwieczne pytanie: czy ktoś, kto tak skrzywdził może skomleć o jeszcze jedną szansę? czy ludzie się naprawdę zmieniają? czy można tak po prostu wejść do życia kogoś, kogo się tak poraniło? A życie nie rozpieściło przecież ani Tommy'ego, ani Brendana - obaj starali się usilnie otrząsnąć z tego rodzinnego piekła, wybrać takie ścieżki, które dadzą im normalne życie. Udało się tylko z pozoru - Tommy jest bohaterem wojennym, ale to trochę jednak nie tak leciało... No i jest sam - najpierw traci ojca i brata, potem matkę, przyjaciela... Jest w nim dużo gniewu i bezsilności i to wszystko musi znaleźć jakieś ujście - MMA to może nie najlepsze wyjście z tej sytuacji, nie leczy przecież przyczyny, ale przynajmniej łagodzi objawy. Brendanowi, jak się wydaje, powiodło się w tym wszystkim najlepiej. Ale i to jest fikcją. Niby ma wspaniałą żonę, cudne córeczki, spokojną pracę... Ale nowy dom i fajne życie kosztują, a na to trzeba zarobić, np. nocami, podczas walk na ringu. Turniej jest prostą konsekwencją dojścia pod ścianę, gdzie czeka już tylko bank, nieskory do udzielenia kolejnego kredytu, a niedługo pewnie i komornik, który odbierze to, co udało się już osiągnąć. Obaj są dodatkowo obarczeni przeszłością, z którą nie mieli możliwości/nie chcieli/nie potrafili się rozliczyć. To rodzi ogromne trudności.

Dużo o emocjach, bo psychologia tych postaci to - jak dla mnie - najważniejszy wymiar tego filmu i jego perła. W dodatku zagrana w taki sposób, że (nie)zwyczajnie miażdży. To, co robi na ekranie Nick Nolte to majstersztyk i nic dziwnego, że za tę rolę był nominowany do Oscara. Dziś śmiało bym rzekła, że z powodzeniem mógł konkurować do nagrody z Maxem von Sydowem (bo Christopher Plummer, który ostatecznie Oscara zgarnął, dobrym aktorem istotnie jest, ale rola w Debiutantach z pewnością nie powinna być brana w tym rankingu pod uwagę) i wcale bym się nie obraziła, gdyby sprzątnął mu ją sprzed nosa. Fantastyczna rola. Joel Edgerton był dla mnie zupełną nowością - do kogoś niby podobny, gdzieś już niby się przewinął, ale w gruncie rzeczy aktorsko jakoś zupełnie nierozpoznawalny. Tutaj również nie zagrał roli życia - był poprawny i dobry, momentami może nawet bardzo dobry, ale ostatecznie zupełnie przysłonięty przez swoich kolegów z planów. Na przykład Toma Hardy'ego, który kolejny raz zachwyca i udowadnia, że nie bez kozery obwołano go nadzieją współczesnego kina i nowego pokolenia hollywoodzkich aktorów. To jest gość, którego z każdym filmem chce się więcej. Jego Tommy to facet tak zamknięty w sobie, że przebić się przez tę skorupę to jak walić w maskę Bane'a - efektu zero, a jaki ból... Mogłabym długo, więc powiem krótko i poetycko: pokochajcie go, bo on kochania wart jest!:)

Sam film nie należy do hitów swojego gatunku - Fighter choćby, jeśli mowa o ostatnich tytułach w tym temacie, bije go na głowę - ale w gruncie rzeczy to ciekawa historia, którą dobrze się ogląda i której się kibicuje. Niby przydługawa, niby w pierwszej części powolna (druga połowa, której akcja toczy się głównie na ringu, leci już piorunem), niby trochę przewidywalna, ale w sumie w wielu momentach zaskakująca i nie dająca jasnej wskazówki co do finału. A na ten popatrzeć warto, bo emocjonalnie powala. Całość więc jak najbardziej do rzeczy. I znów lubię rzecz, w której ludzie się piorą - straaszne.

Czy polecam? Tak.


6 komentarzy:

  1. Ja to się nawet popłakałam na końcu, zostałam złapana na tym, że nawet mówiłam do siebie, a raczej do walczących w finale braci. Tak jak kiedyś szlochałam nad losem skina (To własnie Anglia), nie do wiary, co to kino robi z człowiekiem.
    Podzielam twój entuzjazm (dowód na moim blogu), film wspaniały. Jak dla mnie, lepszy od "Fightera", który ma świetną kreację w postaci, którą gra Bale, ale mimo wszystko, jakoś ten "wojownik", może to za sprawą właśnie rewelacyjnego Nolte, bardziej przypadł mi do serca.
    Masz rację, Plummer jakoś tak nie wiadomo za co dostał tego Oskara (Debiutanci), poumierał sobie trochę na łózku, dał buzi młodziakowi i to wszystko. Chyba mu bardziej dali za całókształt i za wiek, niż za tę rolę. Nolte powinien dostać, stworzył niezapomnianą kreację złamanego alkoholika, który po latach zrozumiał, co tak naprawdę zabrała mu wódka, i że nigdy tego sobie nie odbierze. W ogóle Nolte ma kilka takich ról, które widziałam dawno, dawno, a pamiętam je i jego jak dziś (Książę przypływów, czy serial Pogoda dla bogaczy na przykład)i pomyśleć że on jeszcze nie ma Oskara. A ma juz, o matko Boska, 71 lat, nawet się nie spodziewałam. Pewnie za 15, jeśli dożyje, dadzą mu statuetkę na pocieszenie, za coś o wiele mniej znaczącego. Głupie są to Oskary, mam racje, ze już je do dwóch lat kompletnie olewam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oscary to loteria, jak Lotto - nie wygrywają najlepsi :) Von Sydow, Plummer, Nolte - każdy z nich na Oscara zasłużył i każdy z nich najlepsze role ma już dawno za sobą. Tak przypuszczam ;)
      Nie widziałem "Fightera" ani "Warriora", bo już oglądałem sporo filmów o boksie i nie sądzę, aby jakikolwiek film o bokserach mógł mnie czymkolwiek zaskoczyć. Ale mogę się mylić. W końcu trzeba będzie zaliczyć oba filmy.

      Usuń
  2. Jezu, jak ja ryczałam na tym filmie !!!

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo, bardzo dobra i fajna recenzja. Świetnie bawiłem się na tym filmie. Aktorsko znakomicie, Hardy daje tutaj prawdziwy popis, a Edgerton próbuje dotrzymać mu kroku i całkiem nieźle mu to wychodzi. Jeśli chodzi o Nolty'ego to ja aż tak się nie zachwycałem. Owszem, aktor świetny, ale widziałem już lepsze role użalających się nad sobą pijaczków. A jeszcze co do Edgertona, to - taka ciekawostka - kiedyś, w latach 90, pojawił się z niewielką rolą w polsko-australijskim serialu "Dwa światy", jeśli ktoś ten serial jeszcze pamięta:)
    Cóż, nie ukrywam, że znakomicie bawiąc się na całym filmie, rozczarowałem się pełną patosu końcówką. Szczególnie zaś bolało mnie to, że twórcy świetnie zaostrzali rywalizację, stawiając naprzeciw siebie dwóch braci, i każdemu dodając odpowiednią silną motywację do zwycięstwa, przez co to od widza zależało, komu będzie kibicował, tymczasem jednak twórcy nie są wobec nich obiektywni, zdecydowanie skłaniając się ku temu jednemu i w pewnym momencie widz już wie, kto tę walkę wygra. A szkoda. Mogło być znakomicie, było dobrze. Ale to i tak naprawdę fajny film.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.