środa, 12 września 2012

Prometeusz (Prometheus, 2012)

reżyseria: Ridley Scott
scenariusz: Jon Spaihts, Damon Lindelof
produkcja: USA
gatunek:  thriller sci-fi
dystrybucja polska: Imperial Cinepix

I jeszcze ja. Spóźniona, nastraszona i pozbawiona zupełnie entuzjazmu, który trwał do połowy lipca, do momentu, aż posypały się miażdżące "Prometeusza" recenzje. Nie wiem, co ja sobie właściwie myślałam, oglądając zwiastun filmu w pierwszej połowie tego roku, że film mi się spodoba i że warto na niego czekać. Nie mówię tego z dzisiejszej perspektywy osoby, która wiedziała, że nadzieje okazały się płonne. Ja po prostu nie lubię takich filmów. Planety? Sondy kosmiczne? Obcy? Hellou... No nie są to moje ulubione klimaty, nawet sci-fi unikam przecież jak ognia. Ale dobra, w końcu to głośny "Prometeusz", przekonajmy się sami.

Tytułowy Prometeusz z greckim tytanem ma wspólną jedną ledwie rzecz: obaj swoje "życie" okręcili wokół zagadnienia stworzenia człowieka. W mitologii skończyło się to, wbrew pozorom, bardzo pomyślnie, bo choć Zeus na udanych tworach Prometeusza zemścił się jak na władcę przystało, to jednak gatunek przetrwał i ma się, jak widzimy, całkiem dobrze. Prometeusz pod wodzą zimnej jak lód Meredith Vickers (Charlize Theron) nie ma może zdolności manualnych, ale jest za to wyposażony w najnowocześniejszy sprzęt (nie bez przyczyny mamy początek lat 90 XXI w.), pozwalający załodze przetrwać na obcej sobie planecie i przeprowadzić kluczowe dla wyprawy badania. A te zostały zainicjowane przez dwoje mężnych naukowców: Elizabeth Shaw (Noomi Rapace) i Charlie'go Hollowaya (Logan Marshall-Green), którzy na jednej z odkrytych planet poszukują śladów życia - tego życia, które dało początek życiu Ziemian. W eksploracji planety pomaga im m.in. David (Michael Fassbender) - grzeczniutki android, który może i nie ma duszy, ale za to łeb ma za trzech, i korzysta z niego bardzo intensywnie.

Ku mojemu ogromnemu zdziwieniu, pierwsza połowa filmu okazała się całkiem znośna. Nie porywała wprawdzie (mnie przynajmniej) ani tematyką (wiemy już dlaczego), ani zdjęciami (które może i ładne były, ale już chyba wolę kosmos wg Malicka), ani postępem akcji, ale już postaci i wcielający się w nie aktorzy obiecywali coś więcej. Pomyślałam sobie nawet, że - mój Boże - Rapace potrafi się uśmiechać i zachowywać się inaczej niż jak zlękniona, roztrzęsiona, zamknięta w sobie, zacięta i enigmatyczna baba! Kto oglądał wie, że nadzieja matką głupich est, no ale nieważne. David! David mi się bardzo spodobał! Fajnie pomyślana postać, bardzo wyrazista, i to wcale nie ze względu na odrębność gatunkową. Najciekawsza i najlepiej chyba zagrana rola. Tuż przed Theron, uosabiającą nieprzystępną, chłodną, stanowczą i wcale nie tak jednowymiarową Vickers. Ładnie jej to, przyznam, wyszło. I tak właściwie do rzeczy, która wydarzyła się pozostałym poza Prometeuszem chłopakom, wszystko szło całkiem przyzwoicie i logicznie. A potem wszystko się wzięło i posypało. Przy całej filozofii działalności "Inżynierów" i nadprzyrodzonych zdolnościach fizycznych Shaw obślizgłe żyjątka, gadająca głowa czy zszywki na brzuchu (o losie...) to tylko drobne uchybienia. Wszystko to siłą prowadzone do finałowych wydarzeń poplątało się samo w sobie i uczyniło fabułę tak irracjonalną i niespójną, że nawet sci-fi wyrzuciłoby taką owcę ze stada. No nie, nie i jeszcze raz nie. Nie można tak. Widza. Robić. W bambuko.

O "Prometeuszu" napisano już tak wiele złego, że dokładanie kolejnej porcji byłoby - choć słuszne - trochę przykre. Tym bardziej, żem laik - nie znam "Obcego", uwierzycie? Ale wiecie, że ani mi się śni rozprawiać wam tu o czymś, o czym pojęcia nie mam, a jeszcze bardziej - udawać, że coś znam, skoro to zupełnie rozmija się z moimi preferencjami. Więc powiem tak: "Prometeusz", oferowany mi, sceptykowi w temacie sci-fi, jako film rozrywkowy, w zasadniczej swej części zwyczajnie poległ. Nie spełnił obietnic, nie pokusił się o zaserwowanie prócz owej rozrywki (polegającej, przepraszam, właściwie na czym? na schematycznym niszczeniu kolejnych bohaterów? ukazaniu zaawansowanych technologii? może trójwymiarze?) zręcznie ulepionej historii, która porywałaby spójnością i świeżością, nie dał niczego, czego oczekiwałam i czego sobie nawet nie wyobrażałam. 

I ktoś naprawdę sądził, że film Scotta będzie w box office'ie zagrożeniem dla nowego Batmana? Proszę was.

Czy polecam? Nie.


9 komentarzy:

  1. Film raczej nie w moim typie. Bardzo podoba mi się Twój blog.

    OdpowiedzUsuń
  2. Też myślałem, że zagrożeniem w polskim box office'ie nie będzie dla Batmana, ale jak się okazało, miał lepsze otwarcie niż TDKR. Kto by pomyślał...

    Jeżeli chodzi o Promka, to uważam, że jest on przesadnie niszczony przez krytykę. Oczywiście, logice to przeczy na tryliard sposobów, ale jest klimat, jest świetny Fassbender, przyjemna zimna Theron i wspaniałe zdjęcia Wolskiego (scenografia, kostiumy, efekty - wszystko na duży plus). Nawet muzyka jest przyjemna, co zaskakuje w przypadku Marca Streitenfelda :)

    Pozdrawiam
    Alek

    OdpowiedzUsuń
  3. Rozumiem, że film Ci się nie podobał „bo nie” i nie spełnił Twoich oczekiwań jako zwykłego widza spodziewającego się po prostu rozrywki. Okej, masz do tego prawo. Odnoszę jednak wrażenie, że trochę się plączesz i sama nie bardzo wiesz, co chcesz powiedzieć.
    [„Wszystko to siłą prowadzone do finałowych wydarzeń poplątało się samo w sobie i uczyniło fabułę tak irracjonalną i niespójną, że nawet sci-fi wyrzuciłoby taką owcę ze stada.”] Vs. [„Ale wiecie, że ani mi się śni rozprawiać wam tu o czymś, o czym pojęcia nie mam, a jeszcze bardziej - udawać, że coś znam, skoro to zupełnie rozmija się z moimi preferencjami.”]
    Zdecyduj się. Albo wiesz, że „nawet sci-fi wyrzuciłoby taką owcę ze stada”, albo przyznajesz, że jednak się na tym nie znasz. Bo tak się akurat składa, że SF wszystko co jest w „Prometeuszu” wszystko gładko łyka, a sam gatunek zna już o wiele gorsze filmy.
    „Prometeusz” może i nie do końca sprawdza się jako rozrywkowy blockbuster, który łatwo i szybko wchodzi (chociaż ja sama bawiłam się na nim całkiem nieźle, pomimo kilku logicznych potknięć), za to dobrze radzi sobie jako film potraktowany jako ciężkie sci-fi świadomie operujące gatunkowym sztafażem i który odkrywa się przy interpretacyjnych zabawach. A te bardzo wzbogacają ten film pozornie o niczym.

    OdpowiedzUsuń
  4. Jeśli już pytamy na czym film poległ, to z pewnością na wszystkim po trochu, wiele by wymieniać: logika, fabuła, naiwność bohaterów - ale to wszystko jest drobiazg, niemal w każdym filmie takie rzeczy się powtarzają.
    Moim zdaniem przede wszystkim, w pierwszej kolejności, Prometeusz poległ na tym, że przez cały film mamy obietnicę rozwiania jakiejś tajemnicy (już mniejsza z tym, czy będzie to tajemnica na którą czekali wszyscy fani Obcego , czy tajemnica związana jedynie z samym Prometeuszem), zastanawiamy się, jak Inżynierowie nas stworzyli, dlaczego, w jakim celu, czemu chcą zniszczyć ziemię - wszystkie te pytania, które dręczą bohaterów przez cały film. A tymczasem film się kończy i nie dowiadujemy się niczego. Tak jakby Scott sam nie wiedział jak to wszystko rozplanować, więc złożył to byle jak, aby tylko trzymało się jakiejś tam kupy i dał nam kolejną obietnicę - że być może odpowiedź na pytania znajdziemy w kolejnych częściach. Dla mnie Prometeusz to takie sporej wielkości oszustwo. Tak jakbyśmy w typowym kryminale nie poznali w końcu zabójcy, z tego powodu, że scenarzyści sami nie wiedzieli kto zabójcą jest. A mimo to robią film, kręcą na siłę, mamią oczy ładnymi obrazkami, niby dają nam jakieś poszlaki, że może to ten bohater jest zabójcą, albo inny, jednak ostatecznie wcale go nie poznamy. Tak jak nie poznajemy odpowiedzi na pytania, które są podstawą fabuły Prometeusza.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  5. Jak dla mnie film który miał być pierwszym z serii prologów obcego (czego przecież jesteśmy świadkami w ostatniej scenie filmu) zawiódł na całej linii, i zgodzę się że jest swojego rodzaju oszustwem. I SF powinno wyrzucić go ze swego stada !!! A postać pani Shaw usunąć z całej filmografii, szczególnie po założeniu zszywaczy :). No cóż, szkoda bo od Ridley można, ba trzeba wymagać więcej. A tekst komentarza że są gorsze film - no to proszę Cię ech ...

    Pozdro Celta !!!

    OdpowiedzUsuń
  6. Miałem coś od siebie napisać u siebie, ale po tym zdaniu: "O "Prometeuszu" napisano już tak wiele złego, że dokładanie kolejnej porcji byłoby - choć słuszne - trochę przykre." zwątpiłem. Normalnie przykro mi tego filmu albo współczuję mu bardziej.

    Simon w komentarzu bardzo trafnie wyjaśnił jedną z przyczyn rozczarowania widzów tym filmem. Ja też nie jestem fanem ani "Obcego" ani tym bardziej science fiction, ale film obejrzałem, bo był głośny i wiązały się z nim spore nadzieje (że wyjdzie coś naprawdę dobrego). Tymczasem wyszedł średniak z kilkoma poważnymi wadami, na które normalny widz nie może przymknąć oka (nie wspominając o bardziej wysublimowanych osobach typu krytycy). Zwiastuny były naprawdę dobre, ale film już niestety dużo gorszy.

    OdpowiedzUsuń
  7. Mi się tam film podobał. A jeśli każdy robot miałby wyglądać jak Michael F., to ja chcę takiego do domu.

    OdpowiedzUsuń
  8. Zszywki na brzuchu... tak, tak. już się stosuje takie metody.
    Film nie porywa, bo brak mu spójności scenariusza. Zdjęcia niezłe. Dobrze zrobiona burza krzemowa, czy choćby obcy, którzy są całkiem realni. Faktycznie, pierwszą połowę lepiej się ogląda niż drugą, ale filmu bym nie potępiał.

    OdpowiedzUsuń
  9. Zgadzam się niemal z każdym słowem tej recenzji. Łącznie z tym, że pierwsza połowa filmu była znośna. Fakt, nagromadzenie absurdów było tam nieco mniejsze...
    A "Obcego" polecam gorąco. Świetny film, mimo 34 lat nadal robi wrażenie, nie trąci myszką i ma swój klimat. Do tego genialne ujęcia, gra aktorów i kreacja bestii.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.