środa, 31 października 2012

Internat (The Moth Diaries, 2011)

reżyseria: Mary Harron
scenariusz: Mary Harron
produkcja: Irlandia, Kanada
gatunek: horror
dystrybucja polska: Kino Świat

Skyfall i Skyfall, wszędzie tylko Skyfall. A przecież kina w weekend proponują o wiele więcej niż kasowy hit. Pytanie tylko, czy to o wiele więcej, to coś wartego uwagi, a przede wszystkim wydania cennej mamonki. No właśnie. W przypadku Internatu - horroru firmowanego nazwiskami twórców ponurego Kruka i psychodelicznego American Psycho - szkód jest więcej. Bo film ani na większą uwagę, ani na zarobek, ani na dłuższą refleksję, po prostu nie zasługuje.

Angielski internat dla dziewcząt. W dobrze czującą się we własnym gronie grupkę dziewcząt wkracza "nowa". Nie prezentuje się zbyt dobrze: poważna, smutna, mroczna i trochę przerażająca Ernessa (Lily Cole) jest zwiastunem nieszczęśliwym wypadków, które wkrótce zaczną nawiedzać prestiżową i spokojną dotąd szkółkę. Szczególnie dotknięta nową sytuacją jest Becca (Sarah Bolger), która wciąż nie może dojść do siebie po śmierci ojca i boi się, że straci również najbliższą przyjaciółkę. To Lucie (Sarah Gadon) właśnie stała się głównym obiektem zainteresowania Ernessy. Zazdrosna Becca widzi jednak w "nowej" dużo większe zagrożenie, niż inni. Jest się czego bać?

Średnio, bym rzekła. A ja - pamiętacie przecież - boję się w horrorach byle czego i jestem idealnym targetem dla mrocznych papek, żerujących na tanich emocjach:) Tutaj wielokrotnie na coś się zanosi, coś się (nie)uchronnie zbliża, ale ostatecznie nie wyskakuje zza rogu i nie pojawia się za ramieniem bohatera w towarzystwie szybkiego, mocnego ruchu kamery i mrożącego krew w żyłach gongu. Więcej w Internacie innego napięcia, napięcia erotycznego, które w ciekawy sposób pojawia się w tego typu zgromadzeniach osób jednej (młodej) płci. O ile relacje przyjaciółek sprzed "ery Ernessy" są jak najbardziej zdrowe, opierają się na pięknej, dziewczęcej przyjaźni, o tyle wejście w ich grono nowej uczennicy wprowadza między nie, a przede wszystkim Beccę i Lucy, intensywne, ale niezrozumiałe napięcie, które ciśnie i dusi tak bardzo, że w końcu musi wybuchnąć. I wybucha, choć sposób, w jaki się to dzieje, pozostawia wiele do życzenia.

Bo i fabularnie można było popisać się dużo lepiej. Historia osadzona w zamkniętej, kameralnej przestrzeni stwarza duże pole do popisu nie tylko dla autorów zdjęć i scenografii, ale przede wszystkim dla scenarzysty. Odcięte trochę od świata (mimo łatwego dostępu do cywilizacji), żyjące życiem tej małej, żeńskiej komuny, której są częścią, dziewczęta chłoną siebie nawzajem i zawiązują bardzo bliskie, emocjonalne relacje. I to jedno rzeczywiście uchwycone jest w znakomity sposób. Poza tym jednak za dużo tu niedociągnięć, tropów, które nigdzie nie docierają, płytkich pomysłów, nieznajdujących dobrych rozwiązań. Byłoby chyba lepiej pójść w schemat i zrealizować go dobrze, niż silić się na wydumane pytania, które koniec końców pozostawiają bez odpowiedzi. Nawet przyzwoicie zawiązana problematyka żałoby, radzenia sobie ze śmiercią bliskiej osoby, z odejściem, szukaniem i odnalezieniem w tym wszystkim siebie, w pewnym momencie wykoleja się i gubi w gąszczu scen pozarealnych. Jest różnica między otwierającym drogę interpretacjom niedomówieniem a wyrwami, których nie sposób ominąć czy przeskoczyć i w które prócz widza wpadają także twórcy.

Dobrze, że chociaż młode aktorki przeskoczyły marny koncept fabularny. Lily Cole - aktorka o przedziwnej, przykuwającej uwagę urodzie (i wzroście!) - idealnie wpasowała się w rolę i w duecie z uroczą, znaną z niedawnego Cosmopolis, uroczą Sarah Gadon stworzyła dokładnie taką postać, o jaką powinno było tu chodzić. Do tego zupełnie naturalna i niczym nie drażniąca (o co było łatwo w takiej roli) Sarah Bolger. Przyzwoicie.

Internat to horror w wersji light, więcej w nim dramatu z akcentem psychologicznego quasi-thrilleru niż rzeczywistego strachu. Słaby fabularnie, wygrywa jedynie nastrojowością, kameralnością, przyzwoitą grą i... krótkim trwaniem (82 min.). Czyli w gruncie rzeczy nic, na co warto byłoby wybrać się do kina.

Czy polecam? Raczej nie.


4 komentarze:

  1. Widziałam i zapomniałam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak patrzę się na Lily Cole na plakacie, ciarki mnie przechodzą. Sam film nie zapowiada się jako arcydzieło, jednak w jakiś sposób czuję chęć obejrzenia go. Wydaje się dosyć ciekawy :)

      Usuń
  2. No właśnie. Większość idzie na "Skyfall", bo jak popatrzeć na repertuar większości kin obecnie, to płakać się chce. Już lepszy ten Bond, który kusi obietnicą marki. Bronią się tylko jeszcze kina studyjne z "Whisky dla aniołów" i "Chińczykiem na wynos".
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.