Strony

sobota, 10 listopada 2012

Zakochani w Rzymie

Muszę Wam się z czegoś wytłumaczyć. To nie jest tak, że gdy nie lubię jakiegoś reżysera (czy innego twórcy kina), to wyżywam się na na nim przy byle okazji, bez powodu, dla zasady. Zresztą mało jest w ogóle reżyserów, których żaden z kilku(-nastu) filmów nie przypadł mi do gustu i których z tego powodu żywo nie znoszę (z ręką na sercu w tym aspekcie mogłabym wymienić tu chyba jedynie Cronenberga). Do większości ludzi kina mam stosunek bardzo letni -wielu dopiero poznaję, więc nie czuję się uprawniona do krytyki czy sypania pochwał, innym trafiają się filmy lepsze i gorsze, trudno więc sprawiedliwie ich szufladkować. Tylko kilku cenię, szanuję i kocham tak zabójczo, że kosztuje mnie naprawdę dużo zwrócić uwagę na jakiekolwiek wady, poślizgi, potknięcia i inne wypadki w tym, co robią. Allen nie należy do żadnej z tych grup.
 
Nie widziałam wszystkich jego filmów, ale nawet fakt, że w prawie żadnym (wyjątek: O północy w Paryżu) nie zobaczyłam tego, co - według krytyków filmowych - powinnam zobaczyć i że nic mnie w jego kinie nie czaruje, nie oznacza, że po jego filmy nie sięgam. Wręcz przeciwnie - co jakiś czas wygrzebuję kolejny tytuł i dzielnie z nim walczę, starając się nie uprzedzać i nie oczekiwać rozczarowania. Że ono przychodzi, cóż, to tylko potwierdza moje pierwsze wrażenie, że kino Allena nie jest dla mnie. Co wcale nie znaczy, że Wy go nie pokochacie. Tak jak Zakochanych w Rzymie - kolejnego filmu, w którym Allen zajmuje się tym, co ludzi łączy i dzieli i w którym promocja miasta jest tak samo istotna jak to, co wyprawiają bohaterowie. Jeśli nie bardziej.


 
Do Europy znów zjeżdża Ameryka. Jest młodziutka Hayley (Alison Pill), która z przewodnikiem pod pachą penetruje najpopularniejsze zabytki Wiecznego Miasta, by natknąć się przy jednym z nich na miłość swojego życia. Są jej rodzice - psychoterapeutka Phyllis (Judy Davis) i Jerry (Woody Allen), który próbuje pogodzić się z myślą o naciskającej już na klamkę emeryturze. Są studiujący w Rzymie Jack (Jesse Eisenberg), ze swoim przypadkowo spotkanym "aniołem stróżem", Johnem (Alec Baldwin), i jego dziewczyna Sally (Greta Gerwig), wraz z przyjaciółką Monicą (Ellen Page), istną femme fatale, która nie zawaha się przed niczym, by zdobyć to, czego chce.  Jest też rdzenny Włoch, Leopoldo (Roberto Benigni), znany z tego, że jest... znany, a tuż obok niego młode, wystawione na pokusy małżeństwo - Milly (Alessandra Mastronardi) i Antonio (Alessandro Tiberi). I inni są. Dużo wszystkich i  dużo wszystkiego tu jest. Losy bohaterów, wbrew pozorom, wcale się nie splatają - tworzą mozaikę relacji damsko-męskich i międzyludzkich, które mają dla siebie urokliwe tło w postaci Rzymu właśnie.

 
Nie podlega żadnej wątpliwości, że filmy Woody'eg Allena absorbują. Dzieje się w nich wiele i szybko, przed kamerą przewija się całe mnóstwo ludzi (zazwyczaj o znanych twarzach i nazwiskach), którzy mówią dużo i jednocześnie, a mnogość wątków nie pozostawia miejsce na nudę. Nie inaczej swoje historie snują tytułowi zakochani w Rzymie - wszystkie cztery, dość rozbudowane opowieści dotykają spraw żywych i aktualnych, opierając się na fundamencie intrygującym zawsze i wszędzie - psychologii związków i relacji międzyludzkich. Nieważne, czy chodzi o oklepaną, ale wciąż czarującą miłość od pierwszego wejrzenia, miłosny trójkąt, którego jeden wierzchołek zostaje potraktowany po macoszemu, miodowy miesiąc nowożeńców, którzy wciąż wiedzą o sobie wzajemnie i o sobie samych zbyt mało, by nie ulec pokusom,  interakcję swatów z kryzysem tożsamości w tle, czy też w grę wchodzi motyw sławy, która znika tak szybko i nagle, jak się pojawia. Wszystko to jest interesujące i zajmujące, nie przeczę. Tylko że problemy te ujęte są tak powierzchownie i poprowadzone w tak irytujący sposób, że o ścianę to potłuc.

 
Ja naprawdę nie wymagam od nikogo, żeby w 110 minutach ujął złożony problem w sposób wyczerpujący, bez używania koniecznych skrótów myślowych i obrazowania tego, czego słowo nie poniesie. A tym bardziej, gdy w grę wchodzi kilka naprawdę obszernych zagadnień. Pytanie zresztą, czy nie lepiej skupić się na jednym i poprowadzić go dobrze, niż tworzyć barwną - fakt, intensywną - fakt, ale głośną i nie do końca szczerą opowieść o tym, co dotyczy nas wszystkich i w sprawie czego każdy z nas mógłby zabrać głos? Tak, wiem, Allen się bawi konwencją, kino Allena "trzeba czytać" z przymrużeniem oka, brać w nawias, cudzysłów czy inny znak pisarski. I w porządku - nie bierzmy go na serio, tylko co, gdy obiecana zabawa okazuje się marnym dansingiem, banał goni banał, a pośpiech fabularny i realizatorski bije nawet przymrużone oczy? Mnie to nie bawi, nie pociąga, nie zdobywa. Nie kupuje takiej wizji świata, Allen, sorry.

 
W Zakochanych w Rzymie zachwyca właściwie tylko Wieczne Miasto. Mimo sztampowych, absolutnie pięknych, ale jednak typowych obrazków żywcem z widokówek wziętych, Rzym przekonuje i zachęca, by go poznać wszystkimi zmysłami. Akcja nie wychodzi poza obręb centrum, okolicy, w której ulokowane są najważniejsze pod względem turystycznym miejsca, obowiązkowe do zaliczenia przez każdego przybysza punkty, a więc Rzym jest tu przeuroczy i klimatyczny. Po co komu jakieś przedmieścia czy slumsy, to reklama ma być w końcu. I ok. Wiemy o tym, nikt przed nami nie ukrywa, że film ma być promocją miasta i nie trzeba mieć IQ w granicach 140, żeby domyślić się, jak olbrzymie pieniądze ze strony stolicy Włoch się tu posypały. Nie mam - tak nawiasem mówiąc - zupełnie nic przeciwko pomysłowi lokowania romantycznych historyjek w europejskich miastach. Wiem, że Kraków stara się mocno o podobną promocję i choć miną lata, zanim będzie nas na to stać, popieram pomysł rękami i nogami (choć wcześniej widziałabym jednak chętniej Pragę czy Wiedeń). Także enjoy.

 
Więc tak. W nowym filmie Allena wygrywa Rzym. Czego nie można powiedzieć ani o zakochanych bohaterach, ani o scenariuszu, ani o wizji świata, którą reżyser próbuje nam sprzedać.

 
Czy warto? Według mnie nie, ale - żebyśmy się dobrze zrozumieli - jestem pewna, że czas podczas seansu upłynie Wam znośnie, a po filmie pozostanie w głowie kilka przyjemnych obrazków. A że fabularnie nie ma to większej wartości, to już, wiecie, inna sprawa...

 
Źródło zdj.: clatl.com

 

13 komentarzy:

  1. chyba tak samo czujemy Allena. tak naprawdę żaden jego film nie powalił mnie na kolana, widziałem ich około dziesięciu i tylko Vicky Cristina wywarł na mnie jako takie wrażenie. Zakochanymi w Rzymie bardzo mnie zdenerwował udowadniając, że może zrobić największy badziew przyprawiając go Koloseum i Panteonem, a ludzie stracą dla niego głowę. zupełnie nie rozumiem tego fenomenu.

    OdpowiedzUsuń
  2. Po filmie miałam bardzo mieszane uczucia, oglądałam go kiedy wszedł do kina to już chyba z 3 miesiące temu? I do teraz nie mógł mi się jakoś "uleżeć". Wydawało mi się, że nie był taki zły, bo jakieś 3-4 razy się zaśmiałam (chyba pierwszy raz u Allena), ale nadal kojarzyłam go bardzo nijako i wyjątkowo nie potrafiłam za bardzo powiedzieć o moich odczuciach co do niego, ale przeczytałam recenzję i zgadzam się w 100%, bardzo trafne spostrzeżenia. Dosłownie ubrałaś w słowa to co czułam po filmie.

    OdpowiedzUsuń
  3. Że się wtrącę, ludzie głowy nie stracili, większość recenzji krytycznych i raczej w tonie tolerującym ten wybryk filmowy dziadziusia Allena niż wynoszącym go pod niebiosa. W końcu stać go na każdy kaprys, renoma i sponsoring robią swoje, a my nie musimy biec do kin czy wypożyczać dvd i poświęcać mu czas, ale wiadomo, człowiek istotą próżną jest zawsze miło jest pooglądać miejsca w których się samemu było i pochwalic sie w towarzystwie - byłem tam, widziałem!

    OdpowiedzUsuń
  4. Mimo tego, że ogólnie Allena lubię (głównie za Annie Hall), ten film nie przypadł mi do gustu. Moim zdaniem, ów reżyser po prostu stracił formę - a zdarza się to wielu - dlatego nie należy traktować "Zakochanych w Rzymie" jako sztandarowego przykładu jego filmowego dobytku. Trzeba też podkreślić, że o ile w innych produkcjach Allena powtarzające się wątki mają swój urok, są opowiedziane w sposób inteligentny i zabawny jednocześnie, tak w tym filmie są niesamowicie spłycone i nie ma w nich już nic nowego. Dlatego jeśli ktoś nie chce się zrazić do Allena na początku, to nie powinien oglądać "Zakochanych w Rzymie", bo film ten jest po prostu kiepski i odrobinę obrażający inteligencję widza. I tak, Rzym wydaje mi się jedynym elementem, który może się spodobać.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja po VCB omijam tego pana szerokim łukiem, bo film dla mnie osobiście był prostu słaby. Może się nie znam, może nie doceniam tego kunsztu i ironii na temat związków. W każdym razie sądzę, że po "Zakochanych w Rzymie" czułabym się podobnie.

    OdpowiedzUsuń
  6. A ja miło spędziłam czas oglądając ten film. Dzięki Rzymowi, Penelope i samemu Allenowi. Obejrzałam z nastawieniem na rozrywkę i ładne obrazki (bo Rzym i Penelope, choć nie napiszę, że zachwycała rolą).

    I choć wielu Twoim słowom przyznaję rację, to jednak uśmiecham się na wspomnienie Zakochanych w Rzymie.

    :-)

    OdpowiedzUsuń
  7. Zbieram się i zbieram do tego filmu i zebrać się nie mogę. VCB bardzo mi się podobała, Paryż był słabszy... Wynika na to, że Rzym wypada najgorzej ;)) Jak zobaczę to powiem coś więcej, na razie mogę powiedzieć tyle :) Zapraszam do siebie na recenzję głośnego "Skyfall" :D

    OdpowiedzUsuń
  8. A dla mnie Vicky Cristina Barcelona to najgorszy film Allena i jeden ze słabszych filmów dotykających tematyki związków partnerskich w ogóle:)

    OdpowiedzUsuń
  9. Penelope, mówisz... Jeśli ją lubisz i nie znasz szerzej kina Almodovara, to polecam np. "Przerwane objęcia" czy "Drżące ciało" - dla mnie to jest najlepszy, bo najskromniejszy, popis jej aktorstwa. Ciekawa jestem Twojej oceny.

    OdpowiedzUsuń
  10. Widzę, że mamy podobną opinię po VCB. Dramat, co?:)

    OdpowiedzUsuń
  11. "Nie należy"... taaak:) Rozumiem, co chcesz powiedzieć. Wielu krytyków zresztą usprawiedliwia te jego "europejskie wyskoki" tym, o czym wspomina wyżej Babka filmowa - że facet o takiej renomie, w tym wieku i z tak grubym portfelem może pozwolić sobie nawet na takie fanaberie, które nie mają wiele wspólnego z jego stylem. I świat filmu go rozgrzeszy. Dobrze, źle - nie wiem, my nie musimy tego kupować:]

    OdpowiedzUsuń
  12. Ja kocham Allena za jego starsze produkcje, zwłaszcza Annie Hall i Manhattan, które mogę oglądać po wielokroć i nigdy mi się nie znudzą. Allen ma w swoim dorobku filmy lepsze i gorsze. Tych gorszych jest znacznie więcej w jego nowszych obrazach. Wolę te, w których sam gra, bo on mnie i tak zawsze śmieszy. Wyjątkiem był "Co nas kręci, co nas podnieca", bo tam znalazł bardzo Allenowskiego bohatera zamiast siebie ;). "Vicky Cristina Barcelona" mi się podobał ze względu na klimat (i aktorstwo!). "O północy w Paryżu" był momentem, w którym jak dla mnie wrócił stary dobry szalony Allen - po paru filmach, które raczej nie bardzo mnie ruszały.
    On w wywiadach w ostatnich latach wielokrotnie mówił, że jedzie tam, gdzie mu płacą. Stąd cała fala "europejskich" filmów, niekoniecznie wybitnych.
    Na "Zakochanych w Rzymie" dobrze się bawiłam. I podobał mi się Rzym. I na tym poprzestałam ;).

    Uff, ale się rozpisałam, wybacz. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  13. Lubię niektóre filmy Allena. Wszystkich nie widziałam, ale póki co najbardziej podobał mi się "Annie Hall". VCB - do strawienia. Fajne obrazki, niezła muzyczka, ogólnie trzyma się kupy. "O północy w Paryżu" to już kiepska pozycja, nie mówiąc o "Poznasz przystojnego bruneta", na którym zasnęłam(!!!), a drzemka w czasie seansu zdarzyła mi się chyba jedyny raz w życiu.
    "Zakochani w Rzymie" to podobny gniot. Nijaki, do bólu przewidywalny, na siłę przeintelektualizowany. Poza zdjęciami nie ma tam niczego, co przyciągałoby uwagę. Allen wpadł w straszną monotonię i od jakiegoś czasu jego filmy trzeba omijać z daleka...

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.