Strony

niedziela, 30 grudnia 2012

Hobbit: Niezwykła podróż

Siedzę nad pustym edytorem już parę chwil i zastanawiam się poważnie, jak zacząć, jak pisać i jak mówić o czymś, co jest tworem tak kompletnym, tak pełnym, że właściwie nie wymaga komentarza, słów, rekomendacji. Hobbit broni się sam i bardziej niż o nim mówić, warto go zobaczyć - raz, dwa razy, pięć nawet - by zakosztować tej magii, którą stworzył Tolkien, a którą Jackson przełożył przez kalkę swojej niesamowitej wyobraźni, serwując widowisko nie z tej ziemi. I to dosłownie.
 


Hobbit to opowieść o wyprawie kompani Thorina Dębowej Tarczy - przywódcy krasnoludów - do zagarniętej przez wroga ojczyzny i swej twierdzy, Samotnej Góry, w której panuje mroczny smok Smaug. W trudnej i obfitującej w niezwykłe przygody drodze towarzyszą mu jego ziomkowie w liczbie 13, czarodziej Gandalf oraz hobbit Bilbo Baggins. Niezwykła podróż to pierwsza część tej historii.
 
Niełatwe to zadanie przekroczyć samego siebie. Peter Jackson, decydując się na ekranizację kolejnej powieści J.R.R. Tolkiena, musiał być świadomy tego ryzyka. Epickość trylogii Władca Pierścieni nie pozwalała na błędy, skróty i niedopowiedzenia. Więcej nawet: ona wymuszała stworzenie rzeczy przynajmniej tak samo dobrej i ani grama gorszej. Czy rzecz ta się udała, nie dowiemy się pewnie nigdy. Raz że dwie pozostałe części filmu są dopiero przed nami, dwa - opinie są tak podzielone, że jednoznaczna opinia jest niemożliwa. Taka sytuacja była zresztą do przewidzenia, bo powtarza się ona w przypadku każdego klasyku. Do głosu dochodzą znawcy Tolkiena, analizujący zgodność scenariusza z fabułą powieści, krytycy filmowi, którzy pod lupę biorą filmowy LOTR i prześwietlają nowe dzieło pod kątem spójności z wizją Śródziemia zaprezentowaną w trylogii, wreszcie fanatyczni (w pozytywnym znaczeniu tego słowa) fani jednej, drugiej czy - najczęściej - obu wersji, którzy znają na pamięć każdą scenę Władcy..., w nocy o północy potrafią wyrecytować imiona wszystkich bohaterów wraz z nazwiskami aktorów odgrywających ich role, rozmawiają ze sobą dialogami z filmów, a w Jakiej to melodii, odcinku specjalnym pt. "LOTR Soundtrack Full Album" zawstydziliby pana przy fortepianie, zgadując tytuły, zanim wybrzmi półnuta. I kiedy oni wszyscy zaczynają dyskutować, robi się wokół filmu taki szum, że już kompletnie nie wiadomo, czy właściwie sam Hobbit nie dorasta swym poprzednikom do pięt, czy może ta nowa technologia 48 coś tam na coś tam jest jakaś nie halo, czy może jednak wszystko jest całkiem w porządku i film jest wspaniały.
 
Kochani, zapewniam: film jest wspaniały.
 
Jako najnormalniejszy w świecie widz, który - jak większość z Was - nie ogląda tego samego filmu po dziesięć razy i nie zawsze rozumie trudne słowa, których używają krytycy w recenzjach, daję słowo, że nie wyjdziecie z Hobbita rozczarowani. Bo nawet jeśli - co wydaje się niemożliwe - nie oczaruje Was magia Śródziemia, nie zdobędą obłędne krajobrazy (od Shire po Rivendell), nie poruszy historia krasnoludów, nie porwie bajeczna muzyka Shore'a, to ta przygoda i tak Was zainteresuje. Jackson nie pozwala się nudzić - zdobywa uwagę już od pierwszej sceny, a wtedy, gdy wydaje się, że spokój gości na ekranie już zbyt długo, ucieka się do retrospekcji (których treścią są najczęściej sceny batalistyczne) - rozwiązania, które nie burzy rytmu, a napina tempo akcji i jednocześnie pobudza odbiorcę. I nie, nie zgadzam się z uwagami, że niektóre sceny - jak choćby te z chaty Bilba - są przedłużone i choć ładne, mogłyby spokojnie zostać pominięte. Nie wyobrażam sobie, bym miała nie poznać Radagasta Burego czy by ominęła mnie taka perła, jak pieśń krasnoludów, która - jak dla mnie - mogłaby trwać nawet 8 minut, a i tak byłaby zbyt krótka. Ja zresztą nigdy nie ukrywałam, że zdecydowanie bardziej niż efektowne sceny batalistyczne we Władcy Pierścieni cenię sobie idylliczną, subtelną i czarującą wizję Śródziemia z sielankowym Shire i wytwornym, eterycznym Rivendell na czele. Pokochałam ten świat za zielone łąki Hobbitonu, pękającą w szwach spiżarnię w Bag End, fajerwerki Gandalfa, piękno Lothlórienu, eteryczność elfów, nie zaś zaś mroki Morii i Mordoru czy bitwy stoczone w wojnie o pierścień. I dlatego momenty, w których Jackson mruga do nas okiem, nawiązując do kultowych scen z trylogii, są dla mnie strzałem w dziesiątkę. Z drugiej strony starcie kompanii Thorina z goblinami czy finalna bitwa z orkami swoją spektakularnością i fabularną semantyką generują takie napięcie, że rekompensują najmniejszy niedosyt. Wszystko tu zresztą jest tasowane ze zręcznością najlepszego magika. Hobbit: Niezwykła podróż jest piękny, zabawny i przerażający, a przejścia od jednego do drugiego stanu (podziwu, śmiechu, strachu) są niezwykle płynne.
 
Aktorstwo? Doskonałe. O ile nie dziwi zupełnie klasa, jaką prezentują Ian McKellen, Cate Blanchett czy Hugo Weaving, o tyle nowe twarze zdumiewają podwójnie: swoją obecnością i wyśmienitą grą. Martin Freeman w roli Bilbo Bagginsa sprawia wrażenie tak obytego ze światem Tolkiena i Jacksona, jakby był Elijahem Woodem i, naprawdę, bije go czasem w grze na głowę. Richard Armitage (Thorin) - co za odkrycie! Świetnie ucharakteryzowane krasnoludy - każdy pojedynczo i wszyscy razem - bawią i poruszają na przemian. No i Andy Serkis jako Gollum - niepowtarzalny i jak zwykle fantastyczny. Scena zagadek i mowa ciała Golluma podczas niej mogłyby z powodzeniem występować jako odrębny, krótkometrażowy film. Majstersztyk.
 
A Shore... Shore niczego już nie musi udowadniać. Choć ten rok upłynął pod znakiem naprawdę dobrych soundtracków (a doświadczenie brzmień części z nich - Life of Pi, DjangoLincolna czy Zero Dark Thirty - dopiero nas czeka), to soundtrack Shore'a bez wątpienia sięgnie podium. Muzyka w Hobbicie jest z jednej strony pełnoprawnym, posiadającym własną osobowość bohaterem, z drugiej zaś spaja się z opowieścią tak mocno, tak dobrze z nią współgra, współbrzmi, tak się komponuje, tak historię niesie, że staje się jeszcze jedną... niezwykłą przygodą.
 
Zazdroszcząc wszystkim, którzy seans w kinie (czy 2D+napisy, jak u mnie, czy bardziej efektowny technologicznie) mają jeszcze przed sobą, czekam niecierpliwie na DVD z rozszerzoną wersją i oryginalny soundtrack, by mieć tę magię na co dzień. I bzdura, że komercyjne podzielenie najkrótszej powieści Tolkiena na trzy części jest bez sensu. Z największą przyjemnością pójdę do kina kolejne dwa razy, jeśli mam otrzymać w prezencie coś tak pięknego. Can't wait.
 
Czy polecam? Oczywiście!

 

Źródło zdj.: examiner.com

 

17 komentarzy:

  1. Chyba jeszcze nie czytałam tak pozytywniej recenzji :) Też uwielbiam te spokojne chwile z Shire, dlatego w "Hobbicie" wstęp w chacie Bilba wydał mi się fascynujący i urzekający.
    Freeman jest genialny, lepszego aktora do tej roli na pewno by nie znaleźli. Tutaj pokazał swoją klasę i nie sposób nie darzyć go sympatią.

    PS Nie mogę się wprost doczekać Smauga > nieziemski głos Benedicta Cumberbatcha!

    OdpowiedzUsuń
  2. Oj nie wyobrażam sobie żeby ktokolwiek czuł się usatysfakcjonowany jednym filmem i po co podziwiać coś raz skoro można trzy;) Także nie pojmę zarzutów, że książka została podzielona na 3 filmy. Świetna recenzja.

    OdpowiedzUsuń
  3. Chciałbym być Hobbitem. Sądząc po recenzjach i opisach... wszystkie kobiety bankowo moje ;) Fenomen Hobbita jest mi zupełnie obcy. Zastanawiam się właśnie, czy to jest jeszcze film, czy po prostu styl życia? Ja chyba jak zwykle w przypadku płodów Jacksona, poczekam na wersję ze świątecznymi reklamami w tvn.

    OdpowiedzUsuń
  4. Tak jak pisałam na fejsie, muzyka mnie troszkę rozczarowała, jest piękna, ale wtórna. Przeleciałam tylko recenzję wzrokiem, bo jest bardzo entuzjastyczna, a seans dopiero przede mną - baaardzo chcę się nie rozczarować.

    OdpowiedzUsuń
  5. Cieszę się, że mogę napisać: ,,nareszcie!". Nareszcie ktoś napisał to, co ja myślę. Nareszcie nie muszę starać się rozumieć oburzenia i przekonywać, że baśniowość bez wiecznych mordów też ma swoje zalety (jak dla mnie ten film jest lepszy od ,,Władcy..."). Innymi słowy, ja również jestem ,,Hobbitem" zachwycona, jak już dawno nie byłam zachwycona żadnym filmem i cieszę się, że ktoś podziela moje zdanie. :)
    Również oglądałam w 2D z napisami (kto chodzi na dubbing?!), niektóre zdjęcia zrobiły na mnie takie wrażenie, że 3, 4, 5D może się schować. :) Szczególnie lecące ptaki i krajobrazy Nowej Zelandii. Naprawdę szczerze zazdrościłam aktorom przebywania w tak pięknym państwie.
    Golluma, nowego Bilba, krasnoludy uwielbiam. Muzyka pierwsza klasa. I film w ogóle mi się nie dłużył. Myślę, że Jackson postąpił słusznie tworząc długi wstęp - przecież to pierwszy film z trzech. Kiedy miał niby powracać do Shire'u, przedstawiać bohaterów, cel i motywy podróży jak nie teraz? Na kolejny film idę na przedpremierę, a jak będzie przedprzedpremiera, to też pójdę. ;) A tymczasem czytam książkę i bawię się w porównywanie. :)

    OdpowiedzUsuń
  6. No cóż, zgodzę się w zupełności. Film jest bardzo dobrze zagrany, bardzo dobrze zrobiony technicznie, ma świetną muzykę. Ale jednak, jak to było zresztą w trzeciej części Władcy troszkę scenariusz odstaje od reszty, może dlatego że książki są genialne ...

    Mnie osobiście trochę raziła postać Yazneqa i sceny w których występuje (lub z nim związane), szczególnie ostatnia z motywem o mało co, a nawet kilkoma takimi motywami. Scena z Sarumanem na zebraniu też mi się mniej podobała, chodzi o jego przedstawienie, ja bym trochę to ujął inaczej.

    Ale i tak film kupuję na DvD w wersji rozszerzonej, a śpiewu krasnoludów słucham co chwile.

    I oczywiście czekam na kolejne części, też uważam że dobrze że będą 3, niech zarabiają, za trzy razy w tym świecie po 2,5h mogę płacić.

    Ciekawe ile można zrobić części z Silmarillionu :).

    Pozdrawiam Celta !!!

    OdpowiedzUsuń
  7. Do podobnych wniosków doszłam! Soundtrack sobie już bardzo dokładnie przesłuchałam - świetny!

    OdpowiedzUsuń
  8. Powiem Ci, że po przeczytaniu Twojej recki ten film mam wrażenie, że podoba mi się jeszcze bardziej, i jeszcze bardziej niecierpliwie mam ochotę zobaczyć go po raz drugi:) Podoba mi się, że napisałaś to, co należało w końcu głośno powiedzieć: tak naprawdę cieszmy się z tych kolejnych 9 godzin w śródziemiu. Oczywiście Warner Brothers na tym świetnie wyjdzie, ale może już nie róbmy jako kinomani takiej histerii zwalając ciągle wszystko na kasę. Wiadomo, że nie ma się co łudzić, że studio chce zarobić, tak było zawsze i ten system finansowy się nie zmieni. Możemy jednak trzymać kciuki, żeby Jackson i jego wspaniała ekipa stanęli na głowie, aby opowiedzieć nam w tej trzyczęsciowej formie najlepszą wersję tej historii, jaką mogą. Mimo pewnych poktnięć (ja jednak bym się pozbył trochę tego początku:P no przecież ta scena z trollami się nie może skończyć:P), uważam się, że 1/3 zadania wykonana:)
    No i świetny jest ten trzeci Twój akapit wyjasniający ten medialny cyrk związany z Hobbitem. Myślę, że Jackson z góry był na straconej pozycji próbując zadowolić wszystkich, tak samo jak i Nolan nie miał szans zadowolić wszystkich ostatnim Batmanem. Jak dla mnie jackson nie dał ciała: zrobił ten film z taką pasją i zaangażowaniewm, jak dekadę temu LOTRA.
    No i ta muzyka, ale o niej już dyskutowaliśmy tu i ówdzie:) Shore znowu rozbił bank, a ja znowu mam dreszcze w kinie
    PS Droga Klapserko: KIEDY ZAKŁADAMY FANKLUB MARTINA FREEMANA?

    OdpowiedzUsuń
  9. Bardzo podoba mi się Twoja recenzja :)
    Wspaniali aktorzy, wspaniały film. "Hobbit" tak mnie wciągnął, że po 3 godzinach, miałam wrażenie że minęło może 15 minut :) ~S.
    Btw: Życzymy Ci pijanego Sylwestra i aby przyszły 2013 rok był jeszcze lepszy niż ten, aby przyniósł Ci dużo radości i uśmiechu. Oby tak dalej ;)
    i zapraszamy do nas :)
    http://phooeenixx.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  10. Teraz już wiem to na pewno: muszę to zobaczyć!!! :D

    Zapraszam do mnie: krainadefantasia.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  11. Świetna recenzja, podpisuję się pod każdym zdaniem. Film fantastyczny, genialne zdjęcia, niezwykła muzyka i ta opowieść, która choć już w książce potrafiła porwać, w rękach Jacksona stała się czymś namacalnym. Absolutnie trafiony pomysł skupienia się na szczegółach - bez tego scena z Gollumem nie miałaby takiego smaku. Masz rację, to prawdziwy majstersztyk :)
    A pieśń krasnoludów niesie film, sprawia, że ja też tęsknie za domem, że mam ochotę być 15-ym kompanem wyprawy :) Dzięki dobrej duszyczce słucham jej już od powrotu z kina :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Jak sama wiesz, bo czytałaś moją recenzję, ze wszystkimi Twoimi zachwytami się raczej nie zgodzę. Ale nie zmienia to faktu, że Hobbit jest świetną rozrywką, po którą sam będę jeszcze sięgał wielokrotnie.

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  13. Powiedziałbym nawet, że sceny Golluma należą do najciekawszych w całym filmie. Film bardzo dobry, choć arcydziełem bym go nie nazwał. Trochę przedłużona jest scena walki Kamiennych Gigantów. Generalnie mam wrażenie, że można by go o parę minut skrócić, ale właściwie sam nie wiem, co bym wyciął. (na pewno nie sceny w chacie Bilba)

    OdpowiedzUsuń
  14. Film wychwalasz aż po niebiosa i jestem skłonna uwierzyć Ci, że jest świetny! ;)
    Mam więc nadzieję, że jako niespecjalna miłośniczka sagi "Władca pierścieni" miło spędzę czas na oglądaniu "Hobbita" :)

    OdpowiedzUsuń
  15. Ja zaś odradzam. Mnie ten film wynudził, zawiódł i gdyby nie sceny z Gollumem wyszedłbym z kina przed końcem projekcji. Serio, nie zgrywam się. Kompletnie mi nie podszedł. Ciągłe krzyczenie "noooooo" albo walka transformersów z kamienia to po prostu dramat, jak dla mnie te sceny to dno roku.

    quentinho

    OdpowiedzUsuń
  16. Może dlatego, że nie czytałem, może dlatego, że nie lubię jak coś jest kultowe zanim się w ogóle ukaże. Jak dla mnie nic specjalnego. Ani specjalnie bajkowe, ani zabawne ani porywająca fabuła...

    OdpowiedzUsuń
  17. Fajna recenzja :) A na film wybieram się i wybieram - muszę w końcu się zdecydować ;)

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.