piątek, 25 stycznia 2013

Niemożliwe (The Impossible, 2012)

niemożliwe the impossible plakat
reżyseria: Juan Antonio Bayona
scenariusz: Sergio G. Sánchez
produkcja: Hiszpania
gatunek: dramat
dystrybucja polska: Monolith Films

Wiecie, jaki jest problem z filmami opartymi na faktach? Nie wiadomo, co w nich właściwie podlega ocenie: fabuła, ergo autentyczna historia, która mogła przydarzyć się każdemu z nas, czy jej realizacja. W filmie Bayony kłopot ten, na szczęście, nie istnieje, bo jedno i drugie trzyma wysoki poziom. Tylko że... Właśnie. O tym za moment.

Maria (Naomi Watts) i Henry (Ewan McGregor) są amerykańskim małżeństwem, mieszkającym tymczasowo z dziećmi w Japonii. Stamtąd wyruszają na wakacje do Tajlandii. Wypoczynek zostaje okrutnie przerwany przez falę tsunami, która czyni nie tylko niewyobrażalne szkody na lądzie, ale i w sercach rozdzielonych ludzi. Rozpoczyna się walka o przetrwanie i pełne nadziei poszukiwanie ukochanych.

Piękna to historia, co tu dużo mówić. Zwyczajna u swych źródeł, przerażająca w kulminacji, wzruszająca i niemożliwa w epilogu. Niemożliwa, bo jednak trochę filmowa (te wszystkie dziwne zbiegi okoliczności i rozwiązania z kategorii "o mało co"), a przecież to wcale niezmyślone życie, wspomnienie ludzi, którzy - no właśnie - to jasne, że przeżyli, bo skąd niby wiedzielibyśmy o ich przeżyciach. Nie wiem, co właściwie jeszcze można tu powiedzieć. Życie to życie, zdumiewa i zawstydza najlepszych scenarzystów i zawsze przekona bardziej niż najwierniejsza fikcja.

Pod względem realizacji wszystko zdaje się być dopracowane. Mówię, oczywiście, o kwestiach widocznych dla takiego laika, jak ja, który widzi tsunami i myśli "tsunami", a nie "kilka wyolbrzymionych komputerowo wiader wody". Zdjęcia są niezwykle wyraźne, a pewna jaskrawość kontur, która niejednokrotnie pojawia się w scenach walki z żywiołem, jest nie tylko celowa, ale i bardzo trafna. Jest żywo i wyraźnie, choć nie zawsze forma idzie w parze z treścią. Niektóre sceny, które - jak mniemam - miały być wymowne, nieco się poodchylały i w efekcie coś, co miało być jasne przez sam obraz, było niezrozumiałe i pozostawiało w przykrym poczuciu dotknięcia niespójności. Mowa tu przede wszystkim o scenie z dziećmi jadącymi w nieznane, sąsiadką ze szpitalnej sali i finałowych kadrach w samolocie. Można się domyślać o co tu chodzi, ale mając na uwadze fakt, że nie jest to film metaforyczny i cała reszta podana jest na tacy, to zwyczajnie chyba nie wyszło.

Oscarowa nominacja dla Naomi Watts wymusza jeszcze zdań kilka na temat aktorstwa. Powiem tak: rozumiem, dlaczego Watts dostała w tym filmie dostrzeżona i poniekąd się z tym wyborem zgadzam (tym bardziej, że pierwszoplanowych aktorek, które wybiły się mocniej, w analizowanym okresie nie było jakoś szczególnie dużo), ale... Właśnie. Czy nie uważacie, że McGregor zagrał równie przejmująco, tylko po prostu było go na ekranie mniej? Scena, w której wykonuje telefon i zwyczajnie się rozkleja jest niesamowita i tylko podkreśla z jaką lekkością aktor wchodzi w swoje role, mimo brytyjskiej powściągliwości w postawie. Ale cóż. Nie od dziś wiemy, że Ewan jest na czarnej liście Akademii (razem z kilkoma innymi geniuszami, jak choćby Depp, DiCaprio czy Nolan). Bywa.

Nie wiem, czy też to macie, ale ja jakoś nie do końca potrafię się do tego filmu odnieść. Niby ogląda się go w napięciu i na sporych emocjach, ewidentnie porusza i wzrusza, a jednak jakoś trudno go ocenić. Że jest niezły - to na pewno. Że ładnie zrealizowany - no tak. Że dobrze zagrany - też. Ale choć pojedyncze kadry zapadają mocno w pamięć, całość nie pozostawia jednak takiego wrażenia, że chciałoby się do kina wrócić, zobaczyć raz jeszcze. Nie żebym chciała, bo - jak wiecie - z szacunku do własnego czasu i dobrych filmów, których jeszcze nie zobaczyłam, nieczęsto wracam nawet do tych, które bardzo mi się podobały, ale jednak to miłe uczucie wyjść z kina ze zdrowym, podniecającym niedosytem. Znacie to? No więc właśnie.

Czy polecam? Mimo niedosytu, tak, bo na jednorazową podróż do cudzych, tragicznych i/więc poruszających doświadczeń, zrealizowanych w całkiem umiejętny sposób, nadaje się znakomicie.


16 komentarzy:

  1. Dokładnie. Obejrzałem i w trakcie filmu dziwiłem się, jak to mogło się zdarzyć i podziwiałem twórców, bo na to zasłużyli. Film wtedy zaliczałem do jednych z najlepszych. Jednak po skończonym filmie uznałem, że nic w sumie nie było w nim. Film był dość monotonny, nie pokazano ogromu zniszczeń i na dłuższą metę czuję, że był o niczym, a tematyka powinna powalić na kolana. Co do Oscarów: aktorka na NOMINACJĘ zasłużyła, ale coś będzie nie tak, gdy dostanie Oscara, ponieważ myślę, że inne (np. Jessica Chastain) lepiej oddały to, co oddać miały. Fil zaliczam do wyżej przeciętnych, ponieważ nie jest taki zwykły, ale nie zapada w pamięci jak inne wielkie produkcje. To moje zdanie.
    Pozdrawiam
    Leger

    OdpowiedzUsuń

  2. Ale ten tekst na plakacie "W tym filmie wszystko zasługuje na Oskary" mogli sobie podarować...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No no !

      Pozdrawiam Celta

      Usuń
    2. Zgadzam się, ale cóż, marketing...

      Usuń
  3. Co do McGregora, to z tego co pamiętam, nie dostał nawet nominacji do Oskara za "Moulin Rouge". I znów historia lubi się powtarzać;].

    OdpowiedzUsuń
  4. Hasło reklamowe jest bardzo słabe, ale McGregora bardzo lubię choć jak Suzarro napisała - skoro nie nominowali go za "Moulin Rouge" to juz go chyba nie nominuja :( W kazdym razie filmu jeszcze nie widzialam, ale czytalam jakas recenzje ktorej autora razilo bardziej ze film pokazuje losy bogatej rodzinki ktora tak czy siak w koncu ucieka. Natomiast na ekranie nie ma ani jednego rdzennego mieszkanca... to moze jednak razic. Ale to film katastroficzny, wiec nie ma z drugiej strony co oczekiwac cudow...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taki quasi-katastroficzny, bym powiedziała, ale tak, masz rację. Choć trudno z tym dyskutować - twórcy obrali taką a nie inna perspektywę, ich prawo. Też jestem ciekawa, jak historia wypadłaby "od kuchni", czyli w spojrzeniu rodzimych mieszkańców.

      Usuń
  5. Oj znamy to uczucie, znamy :)
    Już niebawem film zobaczę, podzielę się opinią. Głównie wybieram się tam dla Ewana McGregory'ego i podobno pięknych zdjęć, więc zobaczymy:)

    OdpowiedzUsuń
  6. Naomi Watts jest lepszą aktorką niż Chastain i Lawrence, dlatego będę za nią trzymał kciuki, aby dostała Oscara, chociaż filmu jeszcze nie widziałem. Na pewno wkrótce obejrzę, poprzedni film duetu Bayona-Sanchez (czyli "Sierociniec") bardzo mi się podobał.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, nie zgodzę się, obie Panie biją ją na głowę.

      Usuń
    2. Ja bym nie potrafiła tak z marszu stwierdzić, która lepsza czy gorsza, ale bardziej kibicuję Chastain. Naomi Watts powinna już dawno zgarnąć Oskara za "21 gramów".

      Usuń
    3. Ja również się nie zgodzę, ale wiesz, że Chastain cenię ponad wszystko, więc moje typowanie jest przewidywalne:) Natomiast Lawrence, mimo że zdecydowanie młodsza od Watts, również budzi we mnie milsze skojarzenia.

      Usuń
  7. Zgadzam się z SUZARRO '21 gramów' to było coś!!!! Zresztą Naomi jest taka... jakaś 'eteryczna', nie wiem jak to nazwać ale uwielbiam ją oglądać. Film widziałam dzisiaj, ryczałam praktycznie od 10 minuty. Bardzo przejmujący... Ewana mniej ale zagrał perfekcyjnie!!!! Polecam!!!!!

    OdpowiedzUsuń
  8. Trochę inaczej niż Ty widziałam ten film, ale bardzo podoba mi się Twoja recenzja. Jest dopracowana, choć mam wrażenie, że film nie zrobił na Tobie ogromnego wrażenia.

    OdpowiedzUsuń
  9. Mam podobnie. Obejrzałem, doceniam grę aktorów i całkiem dobrą realizację tego filmu, jak na obraz o jednak niewielkim budżecie, ale w ogóle nie on nie ruszył. Był zbyt... filmowy. Szkoda.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.