wtorek, 19 marca 2013

Kochanek królowej (En Kongelig Affære, 2012)

reżyseria: Nikolaj Arcel
scenariusz: Nikolaj Arcel, Rasmus Heisterberg
produkcja: Czechy, Dania, Szwecja
gatunek: dramat
dystrybucja polska: Best Film

Byłam szczerze zdziwiona, kiedy zobaczyłam oryginalny tytuł tego filmu. Gdy tylko udostępniono polski plakat dramatu Arcela, nie miałam wątpliwości, że to film brytyjski. Tak, mimo Madsa Makkelsona w roli głównej. Nie wiem, dlaczego. A potem to zdumienie - że duński film potrafi być tak bardzo brytyjski i tak mało skandynawski, że historia mimo schematyczności ogromnie wciąga, a aktorzy są nie tylko idealnie dopasowani do swoich ról, ale też czarują i zachwycają talentem. Najpierw jednak...

...wyobraź sobie, że ktoś, zupełnie za twoimi plecami i bez twojego zaangażowania, wybiera ci męża/żonę. Małżeństwo zawierane jest na papierze, a wasze pierwsze spotkanie następuje właściwie w... alkowie. Niemożliwe? W oświeceniu możliwe. Przyjemne? No, niezbyt. Tym bardziej, gdy jesteś dziewczyną, musisz opuścić swoją rodzinę i swój kraj, zamieszkać w wielkim pałacu i udawać szczęśliwą mężatkę błazna. Karolina (piękna Alicia Vikander) lekko nie miała, na pewno. Jej mąż, Krystian (Mikkel Følsgaard), król Danii, to uzależniony od seksu i onanizmu wariat, którego śmiertelnie nudzi polityka, władza i własna... żona. Kiedy więc do królewskich komnat wprowadza się nowy dworski lekarz (Mads Mikkelsen), król szybko znajduje w nim przyjaciela. Kłopot w tym, że nie tylko on...

Na Kochanka królowej trafiłam, zapoznając się z narodowymi kandydatami do Oscara. Co takiego - myślałam - mają do zaproponowania Duńczycy, co mogłoby konkurować z popularnym w tej kategorii kinem społecznie zaangażowanym? Może właśnie to, że film nim nie jest? Widząc film Arcela w zacnym gronie tegorocznych nominacji, nie miałam nawet złudzeń, że zagrozi Hanekemu, ale trzeba przyznać, że Kochanek... do końca się wyróżniał. Daleko mu było nie tylko do wstrząsającego i depresyjnego dramatu Austriaka, ale nawet do produkcji z sąsiedztwa, bardzo skandynawskiego Kon-Tiki, opowiadającego o niebezpiecznej wyprawie morskiej jednego ze XX-wiecznych naukowców. Jako dramat kostiumowo-dworski, z banalną historią miłosną i mezaliansem w tle, bardziej niż intelektualną wycieczkę w głąb człowieczeństwa oferował ekskluzywną rozrywkę z uniwersalnym motywem ludzkiego pragnienia szczęścia, spełnienia, wreszcie - zaspokojenia. Nie ukrywając takich dążeń, nie mógł tym nie wygrać.

Historię można, naturalnie, atakować. Że sztampowa, że przewidywalna, że nudna, że jeszcze jakaś. Tyle że ona wydarzyła się naprawdę. A więc życie jest sztampowe, przewidywalne, nudne i jeszcze jakieś. Nikolaj Arcel sięgnął po temat stary jak świat, a na swoją obronę wziął to, co jako jedyne mogło taką fabułę uratować - scenerię i odpowiednich ludzi do pracy. Oświecenie, które jest tłem dla wydarzeń na duńskim dworze, to nie tylko piękne kostiumy i wnętrza, to także charakterystyczne i skonkretyzowane stosunki społeczno-towarzyskie i sprawy polityczne. I właśnie w tę precyzję wkracza nurt zmian, oświeceniowy, intelektualny, naukowy sposób myślenia o rzeczywistości, społeczeństwie i władzy. Zmian, które zachwycają i przerażają, ale które zdają się być nieuniknione. Mimo oporu. 

I to właśnie czyni tę miłosną opowieść ciekawą i gęstą od skrajności. Bo, wbrew pozorom, nie wszystko tu jest jednoznaczne. O ile główna bohaterka dramatu jest postacią dość płaską, jednowymiarową i nie do końca przekonującą w swoim cierpieniu, o tyle role męskie zachwycają nie tylko ciekawym rysunkiem (szczególnie postać Krystiana), ale i fantastyczną grą. O warsztacie Madsa Mikkelsena nie trzeba chyba nikogo przekonywać. Kolejny po Stellanie Skarsgårdzie skandynawski towar eksportowy wyrobił sobie już w Los Angeles na tyle dobrą pozycję, by zapraszano go do drugoplanowej pracy przy głośniejszych produkcjach, dzięki czemu jest rozpoznawalny i może - jak Skarsgård - grywać rekreacyjnie w macierzystych produkcjach, lansując je poza swój kraj. W postać Johanna Friedricha Struensee Mikkelsen wprowadza życie, którego jej ewidentnie zabrakło na poziomie scenariusza. Nie jest to, oczywiście, żadne szaleństwo - to raczej wyważony, ale bardzo chromatyczny obraz wyrafinowanego stratega, który umiejętnie dysponuje wpływem, jaki wywiera na króla. 

Drugi, równie ważny w warstwie fabularnej, ale o wiele ciekawszy pod względem charakterologiczny, bohater to król właśnie. Krystian VII musiał być w maleńkości typowym enfant terrible - problem w tym, że z niesfornego, kapryśnego urwisa wyrósł nieposkromiony, chimeryczny, niestabilny emocjonalnie potwór, który - gdyby nie oddawał władzy w ręce rady - pociągnąłby swój naród na skraj przepaści, oddając się patologicznie wyuzdanym i prymitywnym rozrywkom, nie kłopocząc się nawet tym, by zachować jakiekolwiek pozory i trzymać się elementarnych zasad bon tonu. Debiutujący w tej roli (!!!) Mikkel Følsgaard to absolutne objawienie tego filmu. To, co wyczynia na ekranie, pochłania całą uwagę i przysłania najmniejsze niedociągnięcia realizacyjne. Dziki i nieujarzmiony prezentuje swój obłęd w olbrzymich, ale konsumowanych z wielkim smakiem, porcjach, sprawiając wrażenie totalnej swobody gry, lekkości i niezależności. Fantastyczny debiut, świetna rola, aż chce się więcej.

Czy polecam? Tak. Szczególnie - nie pytajcie o nic;) - kobietom:)



5 komentarzy:

  1. mimo takich ładnych zachęcań wciąż nie mogę przekonać się do filmów kostiumowych. jak już jakiś obejrzę potrzebuję sporej przerwy. choć, nie powiem, trochę mnie zaintrygował.

    OdpowiedzUsuń
  2. Oj bardzo dobrze wspominam ten film - lubię odkrywać takie smaczki historii na ekranie. Wiadomo, 100% prawdy tam nie ma, ale ja dzięki temu łatwiej zapamiętuje fakty historyczne - jak mają fajną otoczkę :) no i po tym filmie polubiłam Mikkelsena, więc jest to jakiś kamień milowy :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Mimo polecenia - ja na prawdę lubię "kobiece kino" jeśli można mówić o takiej katregorii - skoro kobietom polecasz, to mimo wszystko Kochanek Królowej wymęczył mnie tak, że nawet o nim nie pisałem. Wszystko pięknie, zadbano o detale, realizacyjnie jest bez zarzutu, ale historia - nie chodzi nawet o to, że sztampowa bo owszem życie też takie może być, ale mimo wszystko czuję, że można było o tym opowiedzieć w sposób bardziej angażujący widza. Więc nie - mnie film nie przekonał. Jedynie co mnie cieszyło w trakcie seansu to rola Madsa Mikkelsena - na jego aktorstwo zawsze warto patrzeć.

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  4. Obejrzałbym to chociażby dla samego Mikkelsena.

    OdpowiedzUsuń
  5. Witamy :)Nie oglądałyśmy jeszcze :)
    Obserwujemy?
    http://jakdwiekroplewody.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.