środa, 22 maja 2013

Stoker (2013)

reżyseria: Chan-wook Park
scenariusz: Wentworth Miller
produkcja: USA, Wielka Brytania
dystrybucja polska: Imperial - Cinepix

Wybierałam się na tego Stokera i wybierałam, jakbym przeczuwała, że moje pierwotne zainteresowanie nijak się ma do prawdziwej chęci zobaczenia filmu. Bo co właściwie mnie tu zaintrygowało? Mii Wasikowskiej nie lubię, Chan-wook Park nie czaruje mnie swoimi obsesjami, a tematyka... A właśnie, scenariusz! Napisany przez najprzystojniejszego i najsprytniejszego więźnia świata, czyli Michaela Scofielda, znanego jako Wentworth Miller. Ok, mogło mnie to zaciekawić, rzeczywiście. Szkoda, że tylko to. Stoker okazał się nudny i niespójny, choć technicznie bardzo przyzwoity. Jeden zero dla Parka?

India Stoker (Mia Wasikowska) jest nastoletnim outsiderem. Wychowana w bogatym, wiktoriańskim domu na odludziu, zamknięta w sobie i tajemnicza dziewczyna przeżywa szok na wieść o śmierci ojca. Kiedy do pogrążonych w żałobie matki (Nicole Kidman) i córki przyjeżdża długo niewidziany stryj, Charlie (Matthew Goode), w dojrzewającej Indii zaczyna się przemiana. Jak duży wpływ ma na nią wuj?

Nie porwała mnie ta historia. Od samego początku jest totalnie... dziwna. Nie że niezrozumiała, nie że mroczna czy tajemnicza, po prostu bardzo osobliwa, kuriozalna. Główna bohaterka - ekscentryczna, wyautowana i ironiczna - snuje się przed kamerą jak duch i sprawia wrażenie, jakby nic nie miało jej już w życiu zdziwić. Nie ma w niej nic z cieszącej się życiem i urokami młodości nastolatki, która balansuje na granicy podniecającej ekscytacji i lęku o własną inicjację. Świetna - muszę to przyznać - w tej roli Wasikowska idealnie oddaje precyzyjnie nakreśloną osobowość swojej postaci, wykorzystując maksymalnie swoją naturalną enigmatyczność. Jej matka - w tej roli wciąż powabna Nicole Kidman - to złamana przez szereg małżeńskich, macierzyńskich i seksualnych niespełnień wdowa, która bezwiednie szuka ciepła i bezpiecznych ramion, które uchronią ją przed dobijającą bezczynnością i, chciałoby się dodać, demoniczną córką. Wreszcie on - ezoteryczny, zuchwały i pociągający Charlie, magnetyzujący spojrzeniem Goode'a, który rozdaje karty w tej familijnej grze i - w przeciwieństwie do swojej bratanicy - ma jasne intencje i wyraźne motywy. Postaci ciekawe, dobrze napisane i zgrabnie zinterpretowane, szkoda więc, że wrzucone w wir bezsensownych i wykolejonych w finale działań.

Całe szczęście, że realizacja idzie zupełnie inną, swoją własną drogą. Gdyby zupełnie oderwać ją od fabuły, prezentuje naprawdę wysoki poziom. Park maluję tę historię jaskrawymi, mocno konturowanymi barwami, a wyjątkowa dbałość o jakość zdjęć, pozwala im wejść we wspaniałą dla oka grę (sceny na łące czy w deszczu, z soczyście żółtą parasolką w roli głównej, są zniewalające). Idealne natężenie ma też dźwięk - tu szczególnie istotny z punktu widzenia nietypowej zdolności czułego słuchania (i słyszenia) u Indii. Każdy - bez względu na to, czy jest to skrzypnięcie starych schodów lub nienaoliwionych drzwi czy też trzepot plisowanego materiału na wietrze - jest tu tak samo ważny i wymowny. Nieco problematyczna jest tylko tonacja - od samego początku napięcie sięga tu najwyższego stopnia i utrzymuje się tam niemal do napisów końcowych, bez żadnego katharsis, chwili na wzięcie głębszego oddechu. Oglądanie filmu z wrażeniem, że za chwilę coś się wydarzy i niedoświadczanie tego "czegoś" jest wyczerpujące. Szczęście, że Park żongluje tym napięciem, wprowadzając je w tak odmienne obszary jak erotyka, szaleństwo i śmierć, czym - ostatecznie - ujmuje i wygrywa.

Mimo technicznych zalet film - jak to film - sprzedać się powinien przede wszystkim historią. A ta nudzi i nie przekonuje, zagłuszając zmysły i nie pozwalając im cieszyć się w pełni ze znakomitej realizacji. Wielka szkoda.

Czy polecam? Raczej nie.


11 komentarzy:

  1. Nic dodać, nic ująć. Fabuła do kitu, aktorstwo, montaż i techniczna część jak najbardziej na plus. Mnie najbardziej wkurzyła (rozbawiła?) ostatnia scena, rodem z filmów Tarrantino... No cóż, trochę pana reżysera poniosło ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Halo, halo, a jak muzyka się podobała? ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, rany, faktycznie!:) Tak się przejęłam fabułą, że zapomniałam napisać - cudowna! Tak, to zdecydowanie jeden z lepszych elementów filmu. Zarówno kompozycje, jak i piosenki (Becomes the Color - Emily Wells - I love it) :)

      Usuń
  3. A ja jak zawsze przekornie i tak na film się wybiorę cenię sobie całą twórczość Park'a - choć trudno mi będzie znieść obecność Kidman na ekranie brrrrr, i dołączam się do milczącego krytyka - czemu ani słowa o muzyce? Ja już sobie zakupiłem soundtrack i bez oglądania filmu katuje i kilka utworów i muzykę Clinta :-D jak dla mnie genialna!

    OdpowiedzUsuń
  4. sweet blog *.* obserwuj i liczę na rewanż http://mapys-day.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  5. Też zaciekawiłam się tym filmem. A Mie Wasikowską bardzo lubię, szczególnie za Jane Eyre ;)

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  6. To ja się dołączę do komplementów w stronę Mansella (skoro film zignorowałem, chyba słusznie). Bardzo subtelna, bardzo hipnotyczna muzyka. Choć i tak horrorowym soundtrackiem roku pozostaje so far "Evil Dead" Banosa! Tak, tak! Deal with it :PP

    OdpowiedzUsuń
  7. A ja ten film uwielbiam. Wszystko w nim jest dopracowane z przesadną dokładnością, każdy gest, każde ujęcie. Fantastyczne zdjęcia i muzyka nadają mroczny klimat fabule.

    OdpowiedzUsuń
  8. Ten film nie jest dla wszystkich, nie jest skierowany do "masy". Mnie zafascynował. Jeden z najleprzych tego roku. Zupełnie coś innego. ;)

    OdpowiedzUsuń
  9. Film daje radę, ale dziwię się, że nie padło tu słowo o małym arcydziele go poprzedzającym - minutowym zwiastunie: http://www.youtube.com/watch?v=AWJ9TmQBvJQ

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, widzisz, jakoś mi umknęło. Fantastyczny ten trailer.

      Usuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.