piątek, 24 maja 2013

Wielki Gatsby (The Great Gatsby, 2013)

reżyseria: Baz Luhrmann
scenariusz: Baz Luhrmann, Craig Pearce
produkcja: USA, Australia
gatunek: melodramat
dystrybucja polska: Warner Bros Entertainment Polska Sp. z o.o.

Przestraszyłam się. Najnormalniej w świecie przestraszyłam się, że te 25 szybkich, głośnych i kolorowych minut, którymi Luhrmann rozpoczął swoją interpretację jednej z najważniejszych pozycji w amerykańskiej literaturze, potrwają dłużej. Że ta zamierzona i interesująca przecież technicznie stylizacja zmęczy mnie i nie będę już w stanie chłonąć opanowana tego, co najlepsze. Ale kiedy ten teatralny, pełen kiczu prolog do melodramatu z Long Island minął i na scenie zrobiło się miejsce dla najważniejszych osób tej historii, wszystko - paradoksalnie i wprost proporcjonalnie do zaniku bajecznych barw - zaczęło nabierać kolorów i uwodzić, uwodzić, uwodzić...

Nowy Jork, lata 20. ubiegłego wieku. Młody makler giełdowy, Nick Carraway (Tobey Maguire) wprowadza się do małego domku na Long Island, nieopodal rezydencji swojej kuzynki, Daisy (Carrey Mulligan), i jej męża, Toma (Joel Edgerton) i tuż obok pałacu miejscowego, tajemniczego milionera, Gatsby'ego (Leonardo DiCaprio). Jak się wkrótce okazuje, bogaty sąsiad ma do niego interes, a jego wystawne życie na wyspie ma jasno określony cel. Spotkanie z dawną ukochaną burzy spokój życia całej czwórki - i nie tylko. Wszystko to na tle nowojorskiego stylu życia bogaczy z drugiej dekady XX wieku i niespokojnych czasów prohibicji i pogoni za pieniądzem.

Mam za sobą powieść Fizgeralda, świetną ekranizację Jacka Claytona z 1974 roku (ze scenariuszem Coppoli) i film nagrywany na potrzeby małego ekranu sprzed 13 lat. To bardzo ważne, by ten fakt wybrzmiał, bo choćbym chciała, nie mogę oderwać swojego odbioru filmu Luhrmanna od wrażeń, które już mam za sobą i uchronić się od nieuniknionych porównań. Sama historia, którą w bardzo prosty sposób prezentuje Fitzgerald, nie jest ani niezwykła, ani spektakularna w przekazie. Mimo iż dla Amerykanów Wielki Gatsby jest jedną z najważniejszych pozycji w narodowej literaturze, europejskiego, więcej - polskiego czytelnika niewiele może tu zaskoczyć i zaczarować. Nie oznacza to jednak, ze nie warto jej znać - szczególnie, gdy oglądamy jej ekranizację. Nie wytykam nikogo palcem, bo sama wielokrotnie zasiadam do seansów filmów, które powstały na motywach znanych powieści bez ich znajomości. Osąd byłby zresztą podwójnie niesprawiedliwy, bo fakt, że film jest ekranizacją, wcale nie oznacza, że wymaga znajomości lektury. Wręcz przeciwnie, to kino właśnie bezwiednie staje się jej ekwiwalentem, próbując przekazać ważną treść tym, którzy nigdy by po utwór nie sięgnęli. Inna sprawa, że w przypadku Wielkiego Gatsby'ego (jak każda ekranizacja tej powieści wiernie trzymającego się fabuły) owo sięgnięcie do powieści rozwiązałoby podstawowy problem, jaki pojawił się przy odbiorze filmu Luhrmanna: kim właściwie jest ten Gatsby?

To szalenie dwuznaczna postać. Z jednej strony oryginalny, niezwykle kulturalny i taktowny, enigmatyczny, zdystansowany, wręcz wycofany, z drugiej - impulsywny, niecierpliwy, ale i życzliwy, serdeczny, tkliwy. Nie jest łatwo przedstawić ambiwalencję bohatera, którego trudno ująć w jakiekolwiek ramy (także werbalne). Nie wiem, czy ta postać u Luhrmanna jest zrozumiała dla osób, które stykają się z nią po raz pierwszy. Dla mnie była czytelna, ale cały czas mam na uwadze fakt, że "widziałam" ją i czułam już wcześniej, oczami wyobraźni, co musiało mieć na odbiór potężny wpływ. Abstrahując jednak od samej postaci, najistotniejsza z punktu widzenia realizacji jest jej interpretacja. A ta - w wykonaniu DiCaprio - jest doskonała. DiCaprio to najlepszy Gatsby, jakiego kino do tej pory widziało. Dokładnie taki, jaki wyłania się z kart powieści i taki, jakiego czułam przez całą lekturę. Jestem pewna, że Fitgeralda przeczytał co najmniej kilkadziesiąt razy, by wejść w krew swojego bohatera i maksymalnie go w sobie poczuć. Efekty są niezwykłe - każdy gest, grymas twarzy, ruch, każde spojrzenie, słowo, wszystko w DiCaprio mówi o tym, kim jest Gatsby. Obłędna gra i - nie boję się tego powiedzieć - rola życia. 

Żeby uniknąć nieporozumień: Robert Redford, który wcielił się w Gatsby'ego w wersji z 1974 roku, zagrał naprawdę dobrze. Ale to zupełnie inny Gatsby niż DiCaprio. Inaczej pokazany, inaczej rozumiany, inaczej zinterpretowany. Nie jest gorszy. Jest inny. Warty zobaczenia, as well.

Można by się długo rozwodzić nad aktorstwem, bo ono - dzięki wyrazistym bohaterom - w każdej ekranizacji gra pierwsze skrzypce. Carrey Mulligan jest równie trafionym wyborem, co DiCaprio. Nie tylko łączy w sobie trzpiotowatość Daisy (pysznie widzieć aktorkę wreszcie w tak ekspresyjnej roli) i melancholię, która ją regularnie ogarniała, ale pokazuje też głębokie rozdarcie, którego doświadczała jej bohaterka. Mimo dużej sympatii do Mii Farrow, która zagrała Daisy u Claytona (równie ciekawa interpretacja jak Redforda), to Mulligan "miała twarz smutną i ładną, i dużo w niej blasku", a jej głos "był to ten rodzaj głosu, który ucho śledzi z napięciem, odbierając każde zdanie jak muzyczną frazę, graną nieodwołalnie tylko jeden raz". Mulligan to TA Daisy. Po prostu.

Zamykający to świetne trio Maguire całkiem nieźle wpisuje się w rolę "opowiadacza", wykrzesując - na całe szczęście - trochę życia ze swojej postaci. A jest to rzecz trudna, bo u Fitzgeralda Carraway, mimo wyłaniającej się gdzieś między wierszami, bardzo subtelnie zarysowanej osobowości (a może bardziej charakteru), jest wyłącznie obserwatorem i narratorem, który świadomie został usunięty w cień wydarzeń i "wielkości" Gatsby'ego. Maguire postąpił tu podobnie jak Sam Waterston 40 lat temu, który ujmuje naturalnością i serdecznością i już na zawsze pozostanie jedynym możliwym Nickiem Carrawayem. Maguire, mimo starań, nie miał najmniejszych szans mu dorównać.

Pozostali aktorzy zawodzą jednak niemalże na całej linii. Duża w tym wina reżysera, który zaangażował do filmu nieodpowiednie do tych ról osoby. O ile Edgerton to po prostu inny Tom niż jego poprzednicy (lepszy od Martina Donovana z filmu Markowitza, słabszy od Bruce'a Derna od Claytona), o tyle Elizabeth Debicki daleko do Lois Chiles (ten cudownie głęboki, męski głos!), Jason Clarke nigdy nie będzie tym pracowitym, rozgoryczonym postawą swojej żony i zdesperowanym Wilsonem, co Scott Wilson (nomen omen), a Isla Fisher - przeinterpretowana i żywcem wyjęta z luhrmannowskiej burleski - mogłaby całować stopy Karen Black, która sprawiła, że wreszcie zrozumiałam, co Tom Buchanan widział w Myrtle Wilson.

Cała historia domaga się zupełnie odrębnej analizy. Interpretacji Wielkiego Gatsby'ego powstało już zresztą całe mnóstwo - nie miejsce tu na kolejną. Ważna jest jedna tylko rzecz: Luhrmannowi zarzuca się, że zupełnie pominął cały kontekst społeczno-ekonomiczny, który jest jedną z największych wartości powieści Fitzgeralda. Zupełnie niesłusznie, bo to tło jest obecne, więcej - jest bardzo czytelne, choć tylko zasygnalizowane (momentami zresztą bardzo sugestywnie). Warto się temu przyjrzeć.

Stylistyka, którą proponuje Baz Luhrmann nie powinna dziwić nikogo, kto miał już styczność z jego filmami. Sekwencje, które otwierają Wielkiego Gatsby'ego, to intertekstualny lunapark, w którym krzyżują się style kilku epok, czerpiąc pełnymi garściami ze sztuki, mody, kabaretu i muzyki (tu podróżując w czasie i okraszając międzywojenne bale najświeższymi utworami współczesnej popkultury). Montaż rodem z teledysku, szybkie ujęcia i intensywna kolorystyka tworzą wielowymiarową, wyostrzającą zmysły, ale też mocno przygniatającą mozaikę. Przerysowana estetyka, teatralność, kiczowatość to cechy wpisane w wizję kina Luhrmanna i tu sprawdzają się tylko jako energiczne preludium do spokojnej, wyważonej w formie (wybuchowej) treści. A piękne zdjęcia i właściwe tempo akcji prowadzą do jednej z najlepszych sekwencji finałowych ostatniego czasu. 

Muzyka Craiga Armstronga, która do tej pory nie została - tak jak soundtrack z piosenkami (traktowany, o zgrozo, jako jedyny muzyczny ślad w filmie) - wydana jako odrębny album (why?!), idealnie współgra z melodramatycznym klimatem filmu. Jest bardzo subtelna, pojawia się jedynie w scenach statycznych, wyważonych, muskając zmysły niczym - będzie poetycko - delikatna bryza. Rozkosz dla ucha. 

Wielki Gatsby nie jest arcydziełem, to film dobry, może nawet bardzo, ale na pewno nierozczarowujący. Nie pozwólcie sobie tego wmówić. Dajcie się porwać klimatowi melodramatu i stylistyce Luhrmanna i czerpcie z tej historii i jej opakowania to, co najlepsze. A jest tego więcej, niż mogłoby się wydawać.

Czy polecam? Tak. 


13 komentarzy:

  1. Powieść Fitzgeralda podobała mi się bardzo. Równie szalenie uwielbiam "Moulin Rouge!" pana Luhrmanna. Obawiam się jednak, że zmieszanie tych dwóch światów może mieć nieco kaleki efekt. Bądź co bądź film z pewnością obejrzę, choćby dla kreacji DiCaprio i samego faktu, iż to Gatsby... :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Nominuję Cię :)
    http://calaonawsieci.blogspot.com/2013/05/liebster-award.html

    OdpowiedzUsuń
  3. DiCaprio jest TAK dobry, że ja po każdym nowym filmie z jego udziałem próbuję sobie wmówić, że to jego rola życia. Po Gatsbym chyba przestanę, bo to już się staje nudne. Jest absolutnym mistrzem aktorstwa i nie należy tego w ogóle kwestionować. Oczywiście zgadzam się w całości, ja również byłem zachwycony i mogę o tym filmie powiedzieć tylko same dobre słowa :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Pełna zgoda. Di Caprio wielki, po prostu wielki (Akademia mogłaby przestac żartowac, brak nominacji za Django był już wystarczająco słabym dowcipem), a film obejrzałem z o wiele większą przyjemnością niż wskazywałoby na to początkowe wizualne popisy. I piszę to jako człowiek, który przeczytał książkę i mu się podobała.

    Tylko tej muzyki Armstronga szkoda (pewnie z 4 miesiące czekania na jakieś wydanie dvd żeby znowu ją usłyszec eehhh).

    OdpowiedzUsuń
  5. Odetchnęłam z ulgą po przeczytaniu Twojej recenzji, bo dzisiaj wybieram się na Wielkiego Gatsby'ego. Oby moje odczucia były podobne :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie dałam się porwać. To najgorszy film, jaki widziałam anno domini 2013. Od nadmiaru wszystkiego prawie oślepłam, ale poza tym nadmiarem nie dostrzegłam w filmie praktycznie żadnej wartości. Po prawdzie to wynudziłam się na seansie jak mops. Przykro mi.

    OdpowiedzUsuń
  7. Idąc do kina spodziewałam się sporo (zwłaszcza po obejrzeniu zwiastuna). Niestety zawiodłam się sporo, bo zabrakło mi iskry i tego czegoś w tym filmie, zwłaszcza w scenach wielkich imprez. Leo jest świetny i ze względu na niego mam ochotę obejrzeć jeszcze raz ;) Nie mogę za to za bardzo przeboleć Maguire, bo mi w ogóle nie pasuje tutaj...
    Jesteś zachwycona soundtrackiem do filmu, ale cały czas nie jestem przekonana, czy film bym komuś poleciła. Warto go obejrzeć, ale nie zrobił na mnie takiego wrażenia jak się spodziewałam.

    OdpowiedzUsuń
  8. Zgadzam się z prawie całą recenzją. Czego prawie? Aktorzy drugoplanowi według mnie byli naprawę świetni. Ogromną moją uwagę przykuła Elizabeth Debicki, Isla Fisher wreszcie nie będzie mi się już tylko kojarzyła z szaloną zakupoholiczką. Możliwe, że moje zdanie spowodowane jest brakiem znajomości powieści Fitzgeralda. I taaak, perfekcyjny soundtrack, zachwycony jestem do dzisiaj i jeszcze będę przez dużo czasu! :) W wolnym czasie zapraszam na moją recenzję Gatsby'ego :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Strasznie się cieszę, że tak podobał Ci się nowy Gatsby i że się nim nie rozczarowałaś. Nie wie czemu ale jakoś zewsząd dochodzą mnie głosy zawodu co do tego filmu. Zupełnie ich nie rozumiem, dlatego dobrze widzieć, że nie tylko mi przypadł on do gustu. Choć tak jak piszesz, pierwsze pół godziny jest trochę problematyczne, ale później jest już tylko lepiej. Mam nadal wielką nadzieję, że soundtrack Armstronga zostanie jednak kiedyś wydany bo to cudna muzyka i chciałbym ją przesłuchać w oderwaniu od obrazu.

    Pozdrawiam
    PS. Świetna recenzja!

    OdpowiedzUsuń
  10. Widzę, że też miałaś lekki problem z tymi 20-toma minutami;p Ale zupełnie inaczej odebrałam tych aktorów drugoplanowych-pewnie dlatego, że nie widziałam wcześniejszych wersji. Jeśli chodzi o Leonarda, to zgadzam się z opinią, że sobie poradził. A czy w filmie nie poruszono problemów społecznych-no cóż tez uważam, że można je zauważyć, ale już mniej dosłownie. Jedynie co mnie jakoś mocno zraziło to końcówka, przywodząca na myśl patetyczny epilog a la "Lincoln".

    OdpowiedzUsuń
  11. Jeżeli patrzę na film pod kątem powieści, to czuję się lekko rozczarowana, bo zabrakło tu pokreślenia wielu ważnych dla fabuły wątków. Jeżeli zaś miałabym oceniać Wielkiego Gatsby'ego bez znajomości książki, to jestem pewna, że zrobiłby na mnie ogromne wrażenie. Świetna muzyka i kreacje aktorskie, przede wszystkim męskie: Leonardo DiCaprio i Joel Edgerton.

    OdpowiedzUsuń
  12. Ta ekranizacja zrobiła na mnie ogromne wrażenie. O ile na filmie z Redfordem prawie zasnąłem, tutaj od początku wpatrywałem się w ekran zafascynowany kreacjami, wnętrzami i strojami, a także muzyką. Natychmiast przypomniała mi się Caro Emerald - muzyka współczesna, ale jakby sprzed kilkudziesięciu lat. Świetna sprawa! Ogólnie film ten oceniam wysoko i chętnie kiedyś do niego wrócę - to nieźle biorąc pod uwagę fakt, że nie przepadam za dramatami.

    OdpowiedzUsuń
  13. Oglądałem ten film wczoraj wieczorem, myślę że Leonardo nie gra już tak jak w Titanicu ;)

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.