Strony

poniedziałek, 10 czerwca 2013

Wielkie nadzieje (2012)


Znów ekranizacja. Tym razem na tapecie jeden z największych pisarzy angielskich - Charles Dickens i jego wielokrotnie adaptowana na duży i mały ekran bildungsroman, czyli powieść o dojrzewaniu. Historia młodego Pipa, który z dnia na dzień z biednego czeladnika staje się bogatym dżentelmenem, to zwyczajna opowieść o uniwersalnych wartościach i cnotach, które winny przyświecać każdemu, bez względu na jego pozycję społeczną, portretująca - przy okazji - realia życia w XIX-wiecznej Anglii. Czy Mike'owi Newellowi, autor tak różnych projektów jak Cztery wesela i pogrzeb, Harry Potter i Czara Ognia (najsłabsza część serii!) i Książę Persji: Piaski czasu, zdołał je uchwycić?
 


Pip (Toby Irvine, a następnie Jeremy Irvine) jest sierotą. Wychowując się pod skrzydłami zrzędliwej siostry (Sally Hawkins) i jej męża (Jason Flemyng), w którym znajduje przyjaciela, wiedzie ubogie, ale spokojne życie. Kiedy na swojej drodze spotyka dwie, zupełnie od siebie różne osoby - piękną Estellę (Helena Barlow i Holliday Grainger) i wynędzniałego zbiega, Magwitcha (Ralph Fiennes), jego życie zmienia tor i zmierza ku wypełnieniu swojego przeznaczenia.
 
To zabawne, że - pisząc ten krótki opis fabuły - prawie przekonałam samą siebie, że to wszystko brzmi ciekawie. A przecież nie jest. Przecież cała ta opowieść - u Dickensa, ale u Newella szczególnie - niemiłosiernie nuży, a przedstawione w niej wydarzenia są tak tendencyjne, że aż niemożliwe. Różnica między pisarzem a reżyserem jest jednak taka, że Dickens opakował tę miałką treść w piękną prozę, która uczyniła historię znośną, a zaledwie naszkicowane tło społeczno-polityczne - sugestywnym. Newell mógł wykazać się jedynie w warstwie wizualnej i choć nie można mu nic w tej kwestii zarzucić (świetne kostiumy i piękna scenografia, dodatkowo eksponowana umiejętną grą świateł), brak zamysłu interpretacyjnego kole w oczy i okrutnie boli. Ujęcie Newella jest skrajnie zachowawcze i asekuracyjne, a więc po prostu - nudne.
 
Wielkie nadzieje to - nomen omen - wielkie nadzieje, i nic poza tym. I co z tego, że Fieness dwoi się i troi (jak zwykle), by wejść w skórę nędzarza, złamana życiem Helena Bonham Carter przejmująco wzdycha zza wypłowiałego ślubnego welonu, a młodzi aktorzy błyszczą (szkoda, że tylko urodą) jak diamenty w tym szarym, brudnym pozytywistycznym Londynie. Film męczy i zupełnie niczym nie (wz)rusza. Dickens może nie przewróciłby się w grobie tak jak po uwspółcześnionej wersji powieści z '98 roku (G. Paltrow i E. Hawke w rolach głównych), ale z pewnością nie byłby usatysfakcjonowany tak grzeczną wizją burzliwych społecznie czasów, które sportretował w swojej prozie. Pozostaje zignorować nieudane próby i cierpliwie wyglądać kolejnych adaptacji, na które w przypadku Dickensa  - ekranizowanego od końca XIX wieku już ponad 300 razy! - nie trzeba będzie nam długo czekać.
 
Czy polecam? Nie.
 
Źródło zdj.: bfi.org.uk

 

9 komentarzy:

  1. Harry Potter i Czara Ognia (najsłabsza część serii!) - żadną miarą !!! Gorszy jest wiezień Azkabanu czy Książę Półkrwi, który znacznie odbiega od książki.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja też uważam, że "Czara ognia" wcale nie była najgorsza (mnie się chyba podobała najbardziej) a i wersja "Wielkich nadziei" z '98 była całkiem ciekawa. Ale tak czy siak, tej adaptacji oglądał nie będę :)

    OdpowiedzUsuń
  3. O nie nie nie, najsłabszy jest "Książę Półkrwi" ;D

    OdpowiedzUsuń
  4. Zgadzam się z resztą Książę Półkrwi jest najsłabszy, a najlepszy Zakon Feniksa. Czara byłaby gdzieś pośrodku. Mniemam że dawno oglądałaś tą cześć HP.

    Co do filmu, to widziałem na Vod i powiem szczerze nie powala, Twoja recenzja jest jak najbardziej trafna (oprócz tego hasła z Czarą :)).

    OdpowiedzUsuń
  5. Hm... To fakt, że dawno oglądałam "Czarę Ognia". Może stąd to wrażenie, rzeczywiście. Najlepsze są dla mnie pierwsza i ostatnia część, później druga i... szósta. Serio! Najsłabiej wspominam "Więźnia Azkabanu". Muszę sobie tak czy siak odświeżyć kiedyś serię:) Kajam się w sensie:)

    OdpowiedzUsuń
  6. Powtórzyłbym słowa czytelników z góry, jednak sobie oszczędzę haha :) Choć dla mnie "Czara Ognia" była częścią chyba najlepszą, a "Wielkie nadzieje" całkiem przypadły mi do gustu, to doskonale rozumiem to, o czym piszesz w recenzji. I to właśnie też mnie po części gryzło. A najbardziej dogryzł mi początek, który z kilkoma przebłyskami, no był po prostu niesmaczny, do bólu kości nudny (dosłownie, na drugi dzień chodziłem z okropnym bólem w szyi od krzywego opierania się wynikającego ze znudzenia), a najczęściej cholernie męczący. Film podbił moje serce niezwykłą drugą częścią, no może niezwykła to przesada, no ale była co najmniej bardzo dobra. Mnie się podobało, może za dużo w filmie szukałem szczegółów, może chciałem, żeby na siłę mi się spodobał, ale jednak. Doszukałem się tego co mnie najbardziej zaciekawiło, miałem swoją małą interpretację i myślę, że jest nieźle. Ale Dickens wymęczył mnie jeszcze bardziej przy swojej powieści, więc ja chwalę Newella i to bardzo :) W wolnej chwili zapraszam na moją recenzję "Wielkich nadziei". Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Czara Ognia świetna!! Zdecydowanie najgorszy Zakon Feniksa :P A Więzień też świetny.

    OdpowiedzUsuń
  8. No nieźle, a ja się wybierałem do kina w najbliższym czasie! I chyba pomimo tej recenzji skuszę się ze względu na słabość do Fiennesa i Carter ;) Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.