Strony

czwartek, 4 lipca 2013

Spring Breakers

Będę z Wami szczera. Nie obejrzałam Spring Breakers wczoraj. Nie piszę tej recenzji "na świeżo". Nie wiedziałam i chyba wciąż nie wiem, jak ten film ocenić. Nie powiem, że siedziałam jak zahipnotyzowana i chłonęłam łapczywie te przedziwne wizje Korine'a. Wszystko wręcz przeciwnie. Widzianego już jakiś czas temu "hitu" zwyczajnie nie mogłam  opisać. Nie, nie zabił mnie nadmiar arcydzielności, jaka (podobno) wyłania się z tego "dzieła" (jak nazywają film papugi, opierające swoje recenzje na wyraźnie sponsorowanych, ale bardzo też z pozoru mądrych opiniach "z Zachodu"). Nie miałam na to czasu, ochoty, weny i mądrych słów. Seans wyczerpał mnie tak bardzo, że mimo jasnego przekazu i łapania, "co autor miał na myśli", na choćby jedno słowo o Spring Breakers nie chciałam tracić już cennej życiowej energii. Dlaczego robię to teraz? Zabijcie mnie, nie wiem. Może z głupiej potrzeby zabrania głosu i zaznaczenia swojego malutkiego istnienia w świecie, którego niewiele ono obchodzi; może dla tej garstki (tu oczekuję, że zaprzeczycie i chórem krzykniecie, że nie takiej garstki) z Was, która moimi ocenami w wyborze filmu na wieczór się sugeruje; a może po prostu dlatego, bo tak.
 
Jeśli włączycie kiedyś tv i zobaczycie podskakujące w rytm głośnej muzyki na plaży młode, jędrne, kuso ubrane (albo i nie), opalone i wyraźnie chętne na, hm, zabawę, niewiasty (i ich wdzięki), obok ocierających się o nich w dwuznaczny sposób młodzieńców, trzymających w rękach lejące się na wszystkie strony drinki i piwa, to znak, że trafiliście na Spring Breakers - film, skrótowo rzecz ujmując, o imprezowaniu, ledwo co pełnoletniej beztrosce, wąsko rozumianemu wyzwoleniu i seksie razem wziętych. I tego konsekwencjach. Głośno, kolorowo, ale - paradoksalnie - bardzo mało zabawnie.


 
Nie lubię, och, jak ja nie lubię szafowania podpatrzonymi gdzieś mądrymi frazami, które może i coś znaczą, może i mają sens, ale nigdy, przenigdy nie powstałyby w naszej głowie, i udawania, że owszem, zrobiły to. Żebyśmy się dobrze zrozumieli: nie mam nic przeciwko czytaniu recenzji i opinii o filmie przed wydaniem swojej oceny (choć ja tego nigdy nie robię, bo kończy się to zwykle przykrym odkryciem, że nie mam nic mądr(zejsz)ego do powiedzenia i dodania do tej konkretnej i często rzetelnej skarbnicy opinii). Ile razy przecież sama podczas lektury książki, artykułu czy zwykłego wpisu złapałam się na tym, że właśnie czytam swoje myśli i odczucia, cudownie celnie zwerbalizowane przez obcą mi osobę. Rozumiecie. Pełna akceptacja faktu, że czasem własne możliwości werbalne i [sic!] umysłowe napotykają blokadę, połączona z podziwem i wdzięcznością dla kogoś, kto w tym konkretnym przypadku taką barierę pokonał, i to z prawdziwym wdziękiem. A z drugiej strony - najbardziej bezczelna forma intelektualnego złodziejstwa: kradzież opinii. Rzecz, której nie sposób udowodnić, którą tak łatwo można sobie przywłaszczyć, traktować jak swoją, a nawet uwierzyć, że powstała w naszej głowie. Brzmi znajomo? Oczywiście, że brzmi, nawet dla mnie. To żaden zarzut - w natłoku informacji, także tych opiniotwórczych, coraz trudniej jest odróżnić własne, oryginalne myśli od tych powstałych pod wpływem zdań zasłyszanych. Problem zaczyna się wtedy, kiedy z pełną świadomością obcości takich opinii próbujemy sprzedać je innym jako własne. Nie że inspirowane. Własne.

 
I taka rzecz podziała się z tym nieszczęsnym Spring Breakers, uważanym za - parafrazuję - satyrę na młodość, będącą produktem współczesnej popkultury, film głośno śmiejący się ze wszystkiego, co owa popkultura dzisiejszemu młodemu pokoleniu sprzedaje (skutecznie zresztą). Uważanym, to znaczy ocenionym przez jednego, może kilkoro rozsianych po całym świecie i zupełnie przypadkowo znajdującym w swoim umyśle analogiczne skojarzenia krytyków, o powielonej przez masę innych opinii. Efekt? Totalna dezorientacja. No bo jak to - w kinie byłem, film widziałem, wynudziłem się okrutnie, dobrze, że chociaż te cycki były, to było co pooglądać, a tak to shit okrutny, a oni wszyscy, że to dzieło, że jakaś satyra, że ważny głos na temat mojego (albo prawie mojego) pokolenia, wtf w ogóle. Może jednak nie nudziłem się tak bardzo? Może po prostu źle się nastawiłem? Może... nie zrozumiałem? Może. Jakakolwiek byłaby jednak odpowiedź na te pytania, nie ma zupełnie związku z prawdziwą, bo subiektywnie rozumianą wartością filmu. Własnych odczuć nie oszukasz, noł łej.
 
Nie przedłużając już tego i tak obszernego wywodu, jeśli chcecie wiedzieć, czy warto zobaczyć Spring Breakers, prawdopodobnie się nie dowiecie. Możecie sugerować się opiniami swoich ulubionych krytyków czy blogerów, z których ocenami i gustami zazwyczaj się zgadzacie - wtedy jest duże prawdopodobieństwo, że decyzji żałować nie będziecie. Całej reszcie nie pozostaje nic innego jak poświęcić na seans czas i wyrokować samodzielnie - (nie)stety, już po fakcie. Spring Breakers jest z pewnością wszystkim tym, o czym wspominają krytycy i przynajmniej połową tego, czym obrzucają go przeciwnicy. Ja Spring Breakers bardziej niż satyrą nazwałabym szaloną, postmodernistyczną impresją, bardzo indywidualnym odczytaniem stosunku do życia sporej części młodego pokolenia, z palącą (mocno amerykańską, ale nie tylko) potrzebą wyrwania się z własnej, duszącej rzeczywistości i życia (choćby przez chwilę) nieswoim życiem na czele. Z bardzo ciekawą ścieżką dźwiękową, stylistyką i zdjęciami oraz interesującą rolą Jamesa Franco, co jednak zupełnie nie zmienia faktu, że seans nuży, przyprawia o ból głowy i nie pozostawia po sobie nic prócz smutnej refleksji, że zadowolenie z własnego życia jest w kinie coraz większą rzadkością.
 
Czy polecam? Jak wyżej.
 
Źródło zdj.: wall.alphacoders.com

 

9 komentarzy:

  1. stawiasz tezę, że jeśli ktoś odebrał ten film jako satyrę na aktualne młode pokolenie i, bądź co bądź, społeczeństwo Ameryki (o czym sam reżyser mówił też w niejednym wywiadzie), swoje odczucia zaczerpnął od innych - trochę się z tym nie zgadzam. ja film oglądałem jak zahipnotyzowany, ani przez chwilę nie czułe znużenia, a kino opuszczałem pod ogromnym wrażeniem, choć szedłem do niego nie będąc nastawionym pozytywnie.

    Spring Breakers zrobił na mnie wrażenie klimatem, zapętlanymi sekwencjami, muzyką, ale także realnością w nierealności. nie wiem czy czytałaś to co sam o nim pisałem (choć teraz czas zastanowić się czy oby sam to pisałem), ale tam trochę to rozwinąłem ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie, nie stawiam takiej tezy. Mam na myśli to, że gdyby reżyser tego nie powiedział i żaden z krytyków nie wspomniał, a rzecz pojawiałaby się sporadycznie w sieci, takiej opinii o filmie (że satyra...) nie spotkalibyśmy w co drugiej recenzji.

    Nie generalizuję też, że film dla wszystkich okaże się nużący. Sam zresztą wiesz, że recenzje są subiektywne. To rolą czytelników jest ocena, na ile ich gust jest zbliżony do autora i w jakim stopniu w tym konkretnym przypadku opinie mogą się zbiegać.

    Nie ma potrzeby ironizować;)

    OdpowiedzUsuń
  3. w przypadku tego filmu ironia jest jak najbardziej na miejscu ;>

    a wydaje mi się, że to, że satyra da się wywnioskować z samego filmu, na pierwszy rzut oka (chociażby przez obsadę, ale, oczywiście, nie tylko) widać, że to nie jest całkiem na serio.

    OdpowiedzUsuń
  4. Z tym filmem to zaiste dziwna sprawa. Również nie czytam recenzji (ba, często opisów filmu) przed jego obejrzeniem, ale obiło mi się o uszy, że to będzie hit. Przyznam, że nie tego się spodziewałem. Spotkałem się już po seansie, bo strasznie mnie zaciekawiło co ludzie w ty dziadostwie widzą, że jeżeli ktoś ocenia słabo ten film to go po prostu nie zrozumiał. Dosyć płytkie to rozumowanie, ale na ogół ci, którzy chwalą go pod niebiosa mówią o tych, którzy miażdżą go swoją krytyką. Albo że cycki przesłoniły osąd takim ludziom. Ja przyjmuję, że to miała być satyra, ale mnie ona zupełnie nie przekonuje. Można było dobrać inne środki, żeby ją przedstawić aniżeli taka czy inna obsada (swoją drogą wypadła w większości kiepsko ze wskazaniem na tragiczną Gomez) czy wręcz nudziarskie i super męczące powtarzanie w kółko tych samych dialogów. Sam miałem napisać recenzję tego "dzieła", ale tak się zastanawiałem co miałbym w niej zawrzeć i skapitulowałem. Bo niby co miałbym recenzować? Może to, że film mógł trwać jakieś 20 minut zamiast 90? 5 minut z początku, 15 z końca i mamy cały obraz tego filmidła i nie trzeba się męczyć dłużej.

    OdpowiedzUsuń
  5. Mówisz "satyra na młodość", a ja już po plakacie wiedziałam, że tego "shitu" oglądać nie chcę. I jeśli chodzi o opinie o filmie, to ja właściwie spotkałam się z bardzo mieszanymi recenzjami; nie było tak, że każdy nazywał film "Spring breakers" arcydziełem. Ja jakoś intuicyjnie czułam, że mogę się podpisać pod tą drugą grupą widzów - którzy seans tego filmu uważają za kompletną stratę czasu. Ale wiesz co? Zachęciłaś mnie, żeby wyrobić sobie własne zdanie, więc jeszcze dziś zobaczę ten słynny obrazek ;)

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  6. Może niekoniecznie arcydzieło, ale co do tego, że satyra, nie mam żadnych wątpliwości. Film mi się podobał, ale w pewnym momencie sceny zaczęły się powtarzać. Wystarczyło pokazać jedną imprezę, a nie 10. W dodatku każda wyglądała niemal identycznie. Poza nieco chaotyczną treścią, produkcja ta wydaje mi się ciekawa. Reżyserowi udało się stworzyć specyficzny klimat. Mimo wszystko jestem na tak.

    OdpowiedzUsuń
  7. Podpisuję się pod tym co napisałeś + lepsze to niż używać z innych recenzji mądrych słów, których się do końca nie rozumie.. ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Jak dla mnie totalna beznadzieja, można było film zrobić w 20 minut i pokazać wszystko. Wynudziłem się na maksa !!!

    Celta !

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.