Pierwszy raz o Agacie Mróz usłyszałam w dniu jej śmierci. Nie czułam się winna. Nigdy nie interesowałam się zbytnio sportem, o siatkówce i polskiej w niej reprezentacji nie miałam bladego pojęcia, nie czułam się więc zupełnie w obowiązku kojarzenia jakichkolwiek nazwisk i związanych z nimi historii. Nie pamiętam, co dokładnie czułam po przeczytaniu nagłówka "Nie żyje Agata Mróz", czy zastanawiałam się głębiej nad jej śmiercią, czy długo rozważałam koleje jej losu. Jedyne, co tkwi mi w głowie, to ówczesne zadumanie nad decyzją, którą podjęła. To "hm...", którym w myślach skwitowałam wówczas jej walkę, towarzyszy mi także dziś, gdy po seansie filmu, opowiadającej jej historię, jakoś nie mogę wziąć się do konstruktywnej roboty i znaleźć sobie miejsca.