Nie wiem, dlaczego, ale bardzo często, gdy przychodzi mi obejrzeć film animowany, mam wątpliwości. Zapominam, że większość dzisiejszych animacji (a więc filmów animowanych na podstawie bajek i scenariuszy własnych) to albo tzw. bajki dla dorosłych (obraz dla dziecka, dialog - a w szczególności podteksty - dla starszych), albo także dla dorosłych. I niemal zawsze czeka mnie miła niespodzianka. Blokada znika, a ze mnie uwalniają się dwie odrębne istoty: dziecko, które żyje w beztroskim świecie fantazji i dorosły, świadomy wagi poruszanych kwestii. Zwykle więc produkcja leży i czeka, aż łaskawie zniżę się z piedestału dramatów, thrillerów i sensacji i odkopię w sobie dziecko. Tak było z Hortonem, który oczekiwał na moje "tak" niemal półtora roku. Dokładnie od czasu, gdy z zapałem słuchałam entuzjastycznej opinii mojej promotorki, która wraz ze swoją córką Hortona oglądała już kilkadziesiąt razy.