Gangster od początku elektryzował mnie przede wszystkim obsadą. Uwielbiam, gdy hollywoodzka kuchnia pichci smakowicie zapowiadającą się fabularnie potrawę, w której głównymi składnikami są uwielbiane przeze mnie smaki. W przypadku dania Hillcoata ślinka pociekła mi na dwa z nich. Pierwszy to prawdziwy afrodyzjak: ekskluzywny, tajemniczy, męski, niedostępny, ergo bardzo pociągający. To Hardy. Drugi jest słodki, doskonały, pełny i nieprzewidywalny jak wyciągana z bombonierki czekoladka - nie wiesz, na jakie nadzienie trafisz tym razem, ale masz pewność, że każde zaspokoi twój apetyt i okaże się wart swojej ceny. To Chastain. Nie musiałabym nawet jeść, żeby Gangster w ich wykonaniu zdobył mnie dla siebie samym zapachem dobrego aktorstwa i przyznaję, że trudno w obliczu takiego wyznania zdobyć się na obiektywność. Trudno, ale nie niemożliwie, bo Cave pozostawił w swojej historii wystarczająco dużo, by było o czym dyskutować i, z drugiej strony, wystarczająco mało, by ekipa aktorska uzupełniła te braki w 100%. Ale ab ovo.