Rzadko zdarza mi się recenzować komedię, co wynika z dwóch rzeczy: po pierwsze, traktuję je jako niezobowiązującą (tylko li) rozrywkę, która ma mnie oderwać od codziennych zajęć i problemów, podnosząc przy okazji poziom endorfin; po drugie, nie za bardzo jest w ich przypadku o czym pisać - mają w końcu (roz)bawić, a nie dać do myślenia i skłonić do analizy swojego "ja". Tym razem jak zwykle starałam się nie iść do kina ze zbędnymi oczekiwaniami, ale było to trudne z jednego poważnego powodu: Warner Bros nie ma zwyczaju sprzedawać gniotów. Bo - spójrzmy prawdzie w oczy - mają tych premier zaledwie kilka w roku, wchodzą z nimi dopiero na wiosnę, intensywnie zajmują sobą okres letni, ale są to w 95% przypadków tytuły głośne, kasowe i wyczekane. Tak było choćby z ubiegłorocznym finałem trylogii o Batmanie, jesiennym, oscarowym Argo czy tegorocznym Człowiekiem ze stali. Nie wszystkie wyglądałam z utęsknieniem (Obecność), nie wszystkie też okazały się dobre (Mroczne cienie były totalnie słabe), ale jednak niektóre bardzo pozytywnie mnie zaskoczyły (Projekt X, Pacific Rim). No ale komedia z Jasonem Sudeikisem? To się nie może udać. A tu niespodzianka.