niedziela, 31 lipca 2011

Mr. Nobody (2009)

reżyseria: Jaco Van Dormael
scenariusz: Jaco Van Dormael
produkcja: Belgia, Francja, Kanada, Niemcy
gatunek: melodramat, science fiction

Zanim usiadłam do napisania tej recenzji upłynęło kilka dni. Nie, nie byłam pod takim wielkim wrażeniem, że musiałam ochłonąć. Ale pochodzić trochę z Nemo Nobody w głowie - to tak. Co z tego chodzenia wynikło? Nic mądrego.

Żeby opowiedzieć, o czym właściwie jest ten film, trzeba by otworzyć przynajmniej trzy wymiary czasoprzestrzenne. Główny bohater Nemo Nobody budzi się w dalekiej przyszłości jako 118-latek. Jest ostatnim żyjącym śmiertelnikiem. Śmierci już nie ma - została wyeliminowana wskutek postępu naukowego. By zrozumieć, co się właściwie stało i czym było jego życie, zanim stracił świadomość, musi cofnąć się o 80 lat i poukładać swoje życie. A nie jest to łatwe, to rozwidla się ono potrójnie. W gruncie rzeczy nic nowego: ot, jeden człowiek i trzy warianty jego losu. Widzieliśmy to już w świetnym Przypadku Kieślowskiego, szalałam za tym w Biegnij, Lola, biegnij Tykwera. Tyle że Dormael wrzuca w każdy z tych wymiarów wydawałoby się zupełnie przypadkowo związane elementy: jest i galaktyka, i najnowsze badania nad wszechświatem, i rozstrzygnięcia naukowe z przyszłości, i kwestia istnienia Boga, i najnormalniejsze w świecie ludzkie dramaty z rozstaniami (w różnych kontekstach) na czele. I jest to nie do zniesienia. Nie w takiej ilości, w tak krótkim czasie. Aż do momentu, kiedy przychodzi człowiekowi do głowy myśl, że przecież to życie, że tak jest. Dlaczego więc na co dzień nie odczuwamy, że tkwimy w bałaganie emocji, rozterek i wizji pt. "co by było gdyby?". Nemo Nobody odczuwa te emocje i rozterki, daje się tym wizjom porwać. Jakie są tego efekty? Rozstrzyga o nich pośrednio ostatnia scena.

Nie znam twórczości Dormaela, nie mogę więc rozstrzygać, jak Mr. Nobody ma się do jego dorobku i czy właściwie wróży mi przyszłość autora arcydzieła. Wiem tylko, że do "Incepcji", na którą powołują się producenci na plakacie, mu bardzo daleko. Znam za to Diane Kruger, którą bardzo cenię i z przyjemnością obserwuję jej role. I Jareda Leto, który dzielnie znosi grywanie w takich paranojach jak choćby Requiem dla snu. I może dlatego coś. Bo w końcu Nemo Nobody - człowiek nikt - człowiek ja - everyman - każdy.

Czy polecam? Nikomu, kogo - jak mnie przed seansem - boli głowa i miał ciężki dzień. Też nie tym, którzy nie mają ochoty wysilać umysłów i lubią czytelne papki z kolorowymi zdjęciami i ładnymi ludźmi. Tym, którzy lubią podumać nad wariacjami ludzkiego losu i pozycją człowieka we wszechświecie, a przy tym są w stanie wytrzymać ponad dwugodzinne balansowanie na granicy snu i jawy, z którego wyjdzie ze sporą dawką frustracji z powodu braku odpowiedzi na jakiekolwiek pytania - to prędzej.

1 komentarz:

  1. Głupia sprawa, ale mnie film urzekł. Oceniłem go bardzo wysoko, bo w którymś miejscu seansu przestałem się nad nimi zastanawiać, nad chronologią zdarzeń, a po prostu dałem mu się ponieść. Może akurat miałem humor na tego typu filmy, trudno powiedzieć.

    A Jared Leto gra nawet nie raz do roku, ale trzeba mu przyznać, że role to sobie dobiera, bardzo wiarygodne i charakterystyczne (nie tylko ta najbardziej znana z "Requiem dla snu"). Na szczęście film obejrzałem zanim nasi rodzimi dystrybutorzy zdążyli go porównać do "Incepcji", więc na plakat nie poleciałem ;]

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.